Zbrodnia na Wzgórzach Krzesławickich. Zabił znajomego za rozbity żyrandol. Deską do prasowania

Czytaj dalej
Fot. Artur Drożdżak
Artur Drożdżak

Zbrodnia na Wzgórzach Krzesławickich. Zabił znajomego za rozbity żyrandol. Deską do prasowania

Artur Drożdżak

Krakowski sąd po poszlakowym procesie skazał oskarżonego Bogdana S. za kradzież prądu i za zabójstwo na 12 lat więzienia. Nakazał terapeutyczny system wykonywania kary.

Gdy ratownicy medyczni pojawili się w mieszkaniu Bogdana, zobaczyli leżącego na podłodze Józefa. Zabitego. W raporcie z interwencji opisali wygląd zwłok w nader obrazowy sposób: Ciało mężczyzny wychłodzone, blade, bez akcji serca, widoczny silny obrzęk twarzoczaszki i siniaki okularowe. Zakrzepła krew na skórze i uszach. Klatka piersiowa wiotka, a to oznaczało połamanie żebra i mostka.

Wniosek był oczywisty: mężczyzna został brutalnie zakatowany. Pytali obecnego w mieszkaniu gospodarza, co właściwie się tutaj stało, ale nietrzeźwy Bogdan tylko patrzył we włączony telewizor, ignorując pytania ratowników. Odpalał jednego papierosa za drugim i coś bełkotał pod nosem. Mówił chaotycznie, powtarzał te same frazy i to bardzo wolno cedząc słowa.

- Tu jest potrzebna policja, my już nie mamy niczego do roboty - stwierdziła ekipa karetki. Po chwili byli na miejscu kryminalni, którzy zaczęli zabezpieczać ślady zbrodni.

Rozebrane zwłoki

Denat leżał na plecach, wokół były kawałki szkła i elementy połamanej deski do prasowania. Krew widoczna była wokół głowy Józka i w całym pokoju. Twarz miał przykrytą zakrwawioną i rozerwaną flanelową koszulą. Nie miał spodni, ktoś rzucił je na dywan. Na nich nie było czerwonych śladów, nie były uszkodzone - co świadczyło, że Józek nie miał ich na sobie, gdy został zaatakowany.

Zabity miał tylko ubrane nieco opuszczone bokserki. Buty były obok, na prawej nodze skarpetka, ta z lewej nogi leżała koło ciała. Na klatce i przed blokiem nie było krwi. To wskazywało, że dramat rozegrał się w tych czterech ścianach. O motywach zbrodni było za wcześnie mówić, ale ten seksualny nie był wykluczony. Zatrzymano gospodarza mieszkania, ale Bogdan zaprzeczał, by miał coś wspólnego ze śmiercią gościa.

- Piliśmy wódkę, Józek wyszedł z mieszkania, a gdy wrócił, był już pobity. Twierdził, że tak urządziły go jakieś małolaty - zeznał Bogdan, słuchany jeszcze jako świadek. Prokurator nie miał dowodów, że było inaczej i po kilku godzinach wypuścił Bogdana z aresztu. Podskórnie jednak czuł, że mężczyzna nie mówi prawdy o przebiegu tej majowej nocy 2019 r.

Przeczucie to jedno, a dowody - co innego. Na ich zebranie śledczy potrzebowali dziewięciu miesięcy. Po tym czasie zapadła decyzja, by ponownie ująć Bogdana i postawić mu zarzut zabójstwa Józka.

Krew widoczna była wokół głowy Józka i w całym pokoju. Twarz miał przykrytą zakrwawioną koszulą. Nie miał spodni

Z zebranych dowodów wyłonił się obraz życia sprawcy i ofiary. Bogdan utrzymywał się z prac dorywczych, był po rozwodzie. Z byłą żona i jedyną córką nie utrzymywał kontaktów. Po śmierci rodziców mieszkał sam na Wzgórzach Krzesławickich w Nowej Hucie i obracał się w nieciekawym towarzystwie. Nie był karany.

Popijał wódkę tu i tam, czasem zapraszał do siebie znajomych z osiedla, wśród nich był i 78-letni Józef, od kilku lat kolega ojca Bogdana.

Józef mieszkał z żoną na tym samym osiedlu. Miał syna Jacka, znanego w okolicy pod pseudonimem Makej, ale ich relacje były mocno skomplikowane. Syn często nocował w piwnicy ich bloku należącej do ojca. Ze wstydu panowie ukrywali ten fakt, ale o tych noclegach wiedziała choćby dozorczyni okolicznych bloków. Ojciec robił synowi wyrzuty, że Makej nie dokłada się finansowo do domowego budżetu i nie pracuje. W dniu zabójstwa doszło do kolejnej scysji między mężczyznami i Makej uderzył ojca w głowę. Rozdzieliła ich jego matka, Krystyna.

Od uderzenia Józef miał jedynie zaczerwienienie na twarzy. Incydent nie uszedł jednak uwagi policjantom i poważnie brali oni pod uwagę, że syn mógł być sprawcą zbrodni. Grupę wytypowanych świadków badano na wykrywaczu kłamstw, przeszukano ich mieszkania i zabrano ubrania do badań.

Kodżak świadkiem

W gronie podejrzewanych o zabicie mężczyzny był też Jacek T. ps. Kodżak, ważny świadek, który krytycznego wieczoru pił wódkę z Bogdanem i Józefem. Spotkali się we trójkę na osiedlu. Kodżak miał akurat jedzenie z jadłodajni braci albertynów, brakowało tylko wódki - panowie kupili ją. Potem „pękła” druga butelka. W majowy wieczór popijali pod sklepem, aż w końcu przenieśli się do mieszkania Bogdana. Gospodarz znał Kodżaka od szkoły podstawowej, wiedział, że nie ma stałej pracy, więc Jacek T. czasem pożyczał mu pieniądze i wspierał jedzeniem od braci zakonnych. Byli dobrymi kumplami.

W ustaleniu tego, co się działo tamtego wieczoru, pośrednio pomogły zapisy kamer. Wynikało z monitoringu, że weszli we trzech do tego bloku o godzinie 15.44.

O 18.25 Kodżak wyszedł i zostawił kolegów w mieszkaniu. Opuszczając je, widział, że Józek nie miał żadnych obrażeń ciała. Kamera nie zarejestrowała, by mężczyzna wychodził później z tej klatki. Co prawda było przejście w bloku między klatkami, ale zamykane na klucz. W piwnicy okna miały kraty, a mieszkanie Bogdana było na wysokości czterech metrów od ziemi. To wskazywało, że Józef nie mógł w sposób niezauważony opuścić bloku. Podważało też słowa Bogdana, że jego gość wyszedł, a potem wrócił już pobity. Kamery nie nagrały takiego wyjścia i powrotu mężczyzny.

Co się więc wydarzyło między mężczyznami? Jeden nie mówił o tym prawdy, drugi już nie żył. Pozostały domysły.
Sąsiedzi słyszeli huk jak od upadku mebli, ale nikt nie wzywał wtedy pomocy.

Potem długo lała się woda. Jej głośny szum obudził jedną z sąsiadek, bo myślała, że to z jej kranu coś płynie, aż poszła sprawdzić w swojej łazience. Zapamiętała, że to było między godziną 21 a 22.

Po północy Bogdan zadzwonił do Kodżaka i bełkotał, by do niego wrócił i przyniósł worki.

Jacek T. pojawił się 20 minut później. Kamera zarejestrowała, jak wszedł do klatki schodowej o godzinie 1.24. W mieszkaniu zobaczył, że na podłodze leży półnagi Józek, który twarz miał przykrytą zakrwawioną koszulą. Wokół były kawałki szkła.

- Bogdan co się tu k... dzieje? - zapytał Kodżak.

Gospodarz odparł, że Józek mu rozj… żyrandol.

- To mu dopie...łem - dodał wulgarnie Bogdan.

- I chyba nie żyje - spuentował.

Telefon do służb


Kodżak namawiał Bogdana, by wezwać pomoc, wykonać połączenie na numer 112. Sam wycofał się za drzwi, był przerażony i zdenerwowany. Komórkę zostawił w swoim mieszkaniu, a chciał zawiadomić pogotowie - chociaż nie znał dokładnie adresu, pod którym doszło do tragedii.

Wstąpił potem do nocnego sklepu i zaprzyjaźnionej ekspedientce rzucił, że coś złego się wydarzyło u Bogdana. Przy niej wyjął telefon i wybrał numer 112.

- Byłem u znajomego i zastałem tam zakrwawionego mężczyznę. Proszę o skierowanie tam służb pogotowia i policji. Tam leżał człowiek i był pobity - słychać na nagraniu. W sklepie zaczekał na przyjazd karetki i zaprowadził ratowników na miejsce. Po 10 minutach wrócił do sklepu.

- Teraz to się dopiero porobiło, bo jest trup. Co temu Bogdanowi odbiło? - zastanawiał się na głos przy ekspedientce.

Motyw zbrodni, czyli rozbicie żyrandola, ustalono w oparciu o zeznania Kodżaka. Bogdan na ten temat niewiele mówił. Rzucił tylko, że Józek, jak wrócił pobity do jego mieszkania, to zaczął świrować, machał plastikową butelką i uszkodził mu żyrandol.
- Kazałem mu siadać, posłuchał mnie, a ja usnąłem. Obudziłem się, a Józek już nie żył - relacjonował oskarżony.

Zdaniem sądu mijał się z prawdą. To on zaatakował pięściami Józefa w swoim mieszkaniu i bił go po głowie. Potem bił go po ciele deską do prasowania, która rozpadła się na części od mocnych uderzeń. Opis obrażeń 78-latka zajmował dwie strony: połamane żebra, łopatki, krwotok pod czaszką, liczne siniaki i rany. Mężczyzna była tak zmasakrowany, że żona nie była pewna, czy to on, gdy w prosektorium pokazano jej ciało męża do identyfikacji.

Krakowski sąd skazał Bogdana S. za zabójstwo na 10 lat więzienia.

Prokurator wnosił o wyższą karę. Sąd Apelacyjny w Krakowie tylko częściowo uwzględnił ten wniosek i podwyższył Bogdanowi wyrok do lat 12. Wyrok jest już prawomocny.

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.