Z Krakowa do Głogoczowa. "Doceniam to, że relacje na wsi są inne niż w mieście"

Czytaj dalej
Fot. Michał Mąsior/nawzajem.pl
Katarzyna Hołuj

Z Krakowa do Głogoczowa. "Doceniam to, że relacje na wsi są inne niż w mieście"

Katarzyna Hołuj

O wsi i kobietach wiejskich, o wpływie na wieś i o tym, czy warto wyfrunąć z miasta – rozmawiamy z Agnieszką Węgrzyn, krakowianką z urodzenia, głogoczowianką z wyboru, prezeską Stowarzyszenia Gospodyń Wiejskich w Głogoczowie.

Jakie są kobiety wiejskie?

Przede wszystkim zaradne. Potrafiące siebie poradzić z różnymi problemami, chociażby logistycznymi, których nie mają mieszkanki miast, a przynajmniej nie mają tak dużych jak kobiety na wsiach. W miastach dzieci często są w stanie same dotrzeć, pieszo lub komunikacją miejską, na różne dodatkowe zajęcia, ale już np. w Głogoczowie, niekoniecznie. Dlatego kobiety często muszą uwzględnić ten fakt i dostosować swoje życie do trybu życia rodziny. Będąc często „matkami-Polkami dowożącymi” muszą być zaradne i zorganizowane. I takie są.

Kiedyś, kiedy wieś, w tym też Głogoczów, rolnictwem stała, kobiety miały jeszcze trudniej. Zgodzi się Pani z tym?

Zdecydowanie tak. Przytoczę taką ciekawostkę, w protokole założycielskim pierwszego KGW w Głogoczowie z lutego 1964 roku jest zapisane, że jednym z celów działalności koła było… odmuszanie obór.

Wielu rzeczy nie było w sklepach, dlatego kobiety musiały zadbać o to, żeby mieć czym nakarmić rodzinę. Uprawiały warzywa, a w kole handlowały kurczętami i paszą dla drobiu. W specjalnych planach deklarowały ile cieląt i tuczników odchowają, i potem sprawozdawały do kółka rolniczego co z założeń planu udało się zrealizować, a co nie.

I to nie wszystko, bo zajmowały się też edukacją na wsi, dbaniem o higienę i o zdrowie. Z kronik KGW Głogoczów wiemy, że to właśnie koło w latach 70-tych zorganizowało spotkanie z lekarzem poświęcone chorobom wenerycznym. W ten sposób gospodynie wiejskie niosły kaganek oświaty „pod strzechy”.

A dziś? Na czym obecnie skupiają się koła gospodyń?

Trudno powiedzieć na czym się skupiają, bo koła robią teraz dużo bardzo różnych rzeczy. Nawet patrząc na nasze Stowarzyszenie, które dba o tradycje, organizuje warsztaty kulinarne, ale też opracowuje questy oraz archiwum społeczne wsi. Poza tym obserwuję teraz silny trend, także w kołach gospodyń, zwrotu ku naturze, uprawom ekologicznym oraz kuchni opartej na lokalnych produktach, zdrowej i nie marnującej żywności.

Czy Pani zdaniem praca kobiet wiejskich jest doceniana?

Może odpowiem trochę przewrotnie, bo myślę, że praca kobiet coraz częściej jest doceniana. Tylko czy same kobiety ją doceniają? Myślę, że nie. Zazwyczaj kobieta traktuje swoją pracę w domu, w gospodarstwie jak coś naturalnego, oczywistego. „Ot, gotuję, piorę, sprzątam… Tak robiła moja babcia, potem moja mama, więc i ja tak robię. Po prostu”, a przecież to jest wartość. I to tym trzeba przypominać, także kobietom. Takie święto, jakie było niedawno, czyli Międzynarodowy Dzień Kobiet Wiejskich jest świetnym pretekstem do tego.

Pani sama z miastowej zamieniła się w kobietę wiejską. Wróciłaby Pani do miasta?

Mieszkałam w mieście będąc młodą dziewczyną, uczennicą, potem studentką i na samym początku bycia młodą mężatką i matką. Wtedy życie w mieście było o tyle wygodniejsze, że łatwiej mi było dotrzeć np. z dzieckiem do lekarza. Zamieszkanie na wsi okazało się jednak być lepszym rozwiązaniem, a szczególnie kiedy dzieci były już starsze. Szybko poczułam, że to moje miejsce. I to pomimo iż kiedyś byłam przekonana, że nigdy nie zamienię miasta na wieś. Doceniam to, że mam dom, ogród. Ten ostatni cenię sobie szczególnie od czasu pandemii i „zamknięcia w domach”. I doceniam to, że relacje na wsi są inne niż w mieście.

Mocno się różnią?

Pomimo trudności: zmian związanych z pandemią i tego, że Głogoczów jest „sypialnią Krakowa”, to i tak sąsiadów znam tutaj lepiej niż znałam w mieście. W mieście w jednym bloku może mieszkać 3000 ludzi, a tu tylu jest mieszkańców w całej wsi. Na wsi wystarczy wyjść do ogrodu, żeby spotkać sąsiada, porozmawiać, wpaść spontanicznie na kawę. Wiem, z autopsji, że można będąc na zakupach w sklepie pożalić się, że zgubiło się kota, żeby za chwilę go odnaleźć u kogoś, kto będąc na zakupach w tym samym sklepie napomknął, że znalazł i przygarnął kota.

Nie wspominając już o tym, że na wsi często ludzie są ze sobą spokrewnieni lub spowinowaceni, więc w powiedzeniu, że czuję się tu jak w rodzinie, nie ma wiele przesady. Tak właśnie się tu czuję.

Jak się Pani znalazła w kole gospodyń wiejskich?

Nie od razu po przeprowadzce. Jakieś 1,5 roku zajęło mi „osiadanie” na nowym miejscu, zajmowałam się domem i dziećmi, które były jeszcze małe. Potem zaczęłam się angażować w pracę Rady Rodziców i działalność szkoły, a wkrótce potem została radną miejską. Kiedy byłam już radną zgłosiły się do mnie panie z koła gospodyń, żebym im pomogła, bo koło nie miało wtedy osobowości prawnej, nie mogło więc pozyskiwać środków i się rozwijać.

Wzięłyśmy udział w projekcie Fundacji Biuro Inicjatyw Społecznych - Wiejski Inkubator Przedsiębiorczości Społecznej, którego efektem było powołanie do życia Stowarzyszenia Gospodyń Wiejskich w Głogoczowie.

...którego Pani została prezeską.

Tak. Panie zapowiedziały, że nie założą stowarzyszenia jeśli nie zgodzę się zostać jego prezeską. Mimo, że nie miałam takich intencji. Wtedy myślałam, że koło jest owszem fajne, bo można przyjść i razem coś upichcić, ale nie w głowie mi było „prezesowanie”. Nie miałam pojęcia czym jest organizacja pozarządowa. Uczyłam się tego na bieżąco, razem z pozostałymi paniami.

Koła są polem aktywności kobiet wiejskich, poza domem i pracą. Jak Pani ocenia tę aktywność?

Odkąd zmieniła się ustawa i koła są rejestrowana przy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nastąpił ich rozkwit. Aczkolwiek nie zawsze idą za tym kompetencje potrzebne, żeby kontynuować działalność koła. Wiem to, bo mam kontakt z kołami i to nie tylko stąd z Małopolski, ale całej Polski. Niektóre z nich funkcjonują w bardzo małym zakresie. Wygląda to tak, że biorą pieniądze z ARIMR, doposażają KGW np. kupując sprzęt, albo robią piknik, a kiedy kończą się pieniądze, kończy się też działanie.

Co nie znaczy absolutnie, że wszędzie tak jest, bo są koła, którym udaje się pozyskiwać środki z innych źródeł tak jak na przykład naszemu Stowarzyszeniu. Są koła, które realizują projekt Erasmus, którego celem jest edukacja dorosłych i wymiana międzynarodowa. My realizujemy projekt z Funduszy Norweskich, w ramach którego byłyśmy na wizycie studyjnej w Norwegii i uczyłyśmy się tam jak działać.

Wiele w tej kwestii zależy od liderki. Czasem może takiej brakuje, ale dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie. Wcale nie chodzi o to, aby realizować tylko takie duże projekty. Wielu kołom w zupełności wystarczają mniejsze środki, które pozyskują na działania społeczne np. z Małopolska Lokalnie. Każda organizacja jest inna, każda wieś jest inna, ma różne potrzeby i możliwości. Trzeba dodać, że powiat myślenicki jest jednym z najbardziej zaangażowanych i aktywnych społecznie powiatów w Małopolsce i widać to nie tylko po ilości wniosków składanych przez jego mieszkańców do Małopolska Lokalnie.

Działalność Waszego Stowarzyszenia Gospodyń została już dostrzeżona przez inne koła. Chcą się od Was uczyć…

Owszem, nasze projekty stają się dobrymi praktykami dla innych. Przyjeżdżają do nas gospodynie, ostatnio spod Poznania, aby uczyć się jak my to robimy.

Czego ich uczycie, co radzicie?

Opowiadamy jak działamy, co robimy, jak wspieramy rozwój naszej miejscowości. Mówimy o tym jakie projekty zrealizowałyśmy. Dodam, że przez ostatnich 11 lat, czyli od założenia Stowarzyszenia zrealizowałyśmy ich piętnaście, a pozyskaliśmy na nie w sumie ponad 560 tys. zł. Gościom z Poznania opowiadałyśmy o jednym z najnowszych, czyli o archiwum społecznym wsi Głogoczów. Mówimy o działaniach, na które pozyskujemy dofinansowania zewnętrzne, więc podpowiadamy im gdzie takich dofinansowań szukać. Radzimy też jak przeprowadzać diagnozę społeczną, opowiadamy o tym, jak my to robiłyśmy i jak okazała się ona ważna.
Rozmawiamy oczywiście przy kawie i głogoczowskich buchtach, bo chcemy, żeby skosztowali naszego lokalnego przysmaku.

Czy czuje się Pani kobietą (wiejską) spełnioną?

Tak. Na wsi, w Głogoczowie znalazłam swoje miejsce na ziemi. W Stowarzyszeniu czuję się jak w rodzinie. Poza tym czuję się związana z tą miejscowością i zależy mi na niej.

Myślę, że paradoksalnie przez to właśnie, że nie jestem ze wsi, bardziej doceniam wszystko co to co z tą wsią jest związane. Szczególnie interesuje mnie to co było kiedyś, jak dawniej żyło się na wsi, jak świętowano, jak kultywowano różne tradycje i zwyczaje. Dla rodowitych głogoczowian to jest coś normalnego, zwyczajnego. Ja np. w starych zdjęciach dokumentujących życie na wsi, widzę nadzwyczajną wartość.

Co jeszcze chciałaby Pani zrobić dla swoich gospodyń?

To co czym bardzo mi zależy to, żeby ubrać nas – gospodynie w stroje takie jakie nosiły dawno temu gospodynie w Głogoczowie. Mimo że mamy stroje, które zostały skonsultowane etnograficzne, to ciągle nie jest to „to”. Przecież nigdy nie było tak, że gospodynie miały identyczne stroje. To ładnie wygląda i wyróżnia nas, ale nie tak kiedyś było. Dlatego będą się starała zrobi wszystko, żeby odtworzyć w 100 proc. dawny strój i ubrać nasze Stowarzyszenie tak jak dawniej nosiły się gospodynie wiejskie.
Chciałabym też, żebyśmy wreszcie wyposażyły do końca naszą kuchnię w pełni profesjonalny sprzęt. Żeby można było prowadzić w niej warsztaty.

Jest coś, co chciałaby Pani zrobić dla wsi? Całej wsi, wszystkich mieszkańców.

Na pewno jest to kampania społeczna „Masz wpływ na Głogoczów”. To najbardziej mnie w tej chwili zaprząta. Chcę uświadomić mieszkańcom, że wiele rzeczy, które robią, lub których... nie robią, mają wpływ na Głogoczów. Żeby wiedzieli np. jakie są obowiązki radnych i czego mają prawa od nich wymagać.

Skąd pomysł na taką kampanię?

To ma związek z projektem „Archiwum społeczne wsi Głogoczów”, który jest drugim moim „oczkiem w głowie”, a który jest rodzajem cyfrowego albumu nie tylko fotograficznego o dawnej wsi i jej mieszkańcach. Podczas przygotowań do niego w internetowej ankiecie pytałam m.in. o to czy mieszkańcy czują się związani z wsią, czy uważają, że mają na nią wpływ. Okazało się, że sporo ludzi, nawet tych, którzy mieszkają tu od urodzenia, uważa, że takiego wpływu nie ma! Zszokowało mnie to, bo przecież tak nie jest. Dlatego uznałam, że trzeba mówić mieszkańcom, przy każdej możliwej okazji, że mają wpływ na Głogoczów.

I nie chodzi tu tylko wpływ przez udział w wyborach tych, czy innych. Znaczenie ma np. to jak się wypowiadamy o naszej miejscowości, jaki jej wizerunek kreujemy na zewnątrz, ale też jaką atmosferę tworzymy wewnątrz miejscowości. Ważne jest też to czy segregujemy śmieci, dbamy o środowisko naturalne. To wszystko ma wpływ na to jak jest i jaki będzie Głogoczów.
A to jaki był chcemy, aby mieszkańcy zapamiętali dzięki wspominanemu już archiwum społecznemu. Tamten Głogoczów nie wróci, nie będziemy przecież odmuszać obór, ale chodzi o pamięć i szacunek dla lokalnej historii, o tożsamość wiejską, poczucie, że ma się swoje miejsce na ziemi, w którym się wyrosło.

Katarzyna Hołuj

Komentarze

3
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Z*****,przejedz sie do Stambułu i zobacz co to duze miasto i ścisk.

Zbigniew Rusek

Oby więcej ludzi opuściło przeludniony Kraków i zamieszkało na wsi, lub wybrało któreś z wyludniających się miast. Nie moze być tak, zę wszyscy pchają się do Krakówa, gdyż to pogarsza komfort życia w przeludnionym od lat mieście, zapchanym samochodami, stojącym w nieustannych korkach. Dobrze byłoby, żeby też ci, ktorzy wyprowadzają się z Krakowa, pracowali też 'w terenie", a nie w Krakowie. Niestety, w Krakowie większość zatrudnionych wykonuje prace biurowe, a z tego rodzaju "pracy" nie ma pożytku (bwa nawet szkodliwa - większość szkód społecznych to są bowiem decyzje urzędnicze), a odsetek tych mieszkańxców Krakowa, ktorzy generują dochód narodowy (czyli pracują tam, gdzie jest jakaś działalność wytwórcza: przemysł, rzemiosło, rolnictwo - z ogrodnictwem, twórczość - jest barzo niski. Biurowce powinno się w ogole wyburzyć. Także ludzie wykształceni powinni po studiach wracać do rodzinnych stron (nie zostawać w przeludnionym Krakowie) i pracować "w terenie", czyli absolwent UJ czy Uniwersytetu Pedagogicznego powinien być nauczycielem w gminnej szkole (czy w powiatowym liceum bądź technikum), absolwent UR - agronomem, doradcą rolnym, po medycynie - lekarzem w gminnym ośrodku zdrowia czy w powiatowym szpitalu, albo w lokalnej stacji pogotowia itd. Nie mogą wszyscy osiedlać się w Krakowie, gdyż życie w mieście jest coraz bardziej przykre, z powodu przeludnienia i korków. Jak jest przeludnienie, to takze grasują wirusy (obecnie w Krakowie jest bardzo dużo przypadków grypy, a koronawirus też występuje o wiele liczniej niż w małych miejscowościach).

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.