Tȟašúŋke Witkó

Wódz nadaje. Smutna opowieść

Wódz nadaje. Smutna opowieść
Tȟašúŋke Witkó

Cassius Marcellus Clay Jr, szerzej znany jako Muhammad Ali, był starszy o nieco ponad cztery i pół roku od Williama Jeffersona Blythea III Clintona, funkcjonującego w przestrzeni publicznej pod nazwiskiem Billa Clintona. Niewiele łączy tych dwóch osobników, oprócz pewnego epizodu z przeszłości, który wzbudzał pogardę u człowieka, lata temu wykładającego mi najnowszą historię Stanów Zjednoczonych.

Czarnoskórego pięściarza, niekwestionowanego mistrza świata i legendę ringu, toczyła ta sama przypadłość, co dwukrotnego prezydenta USA, mianowicie unikanie służby wojskowej podczas wojny w Wietnamie. Być może będą Państwo zaskoczeni, ale jeszcze półtorej dekady temu w armii amerykańskiej funkcjonowała „trauma indochińska”, związana z porażką w dżungli w połowie lat 70-tych XX w. Mój przewodnik po dziejach zaoceanicznego mocarstwa, major Gwardii Narodowej, służył ze mną w górzystym Afganistanie, pomimo tego, że w roku 2007 miał już szósty krzyżyk na karku. Spędzałem z nim wiele godzin tygodniowo pełniąc nocne dyżury przy jednostajnie szumiącej radiostacji i wysłuchując jego gawęd o konfliktach zbrojnych w których brał udział. Dziś, kiedy sam mocno wydoroślałem, ten zbiór wspomnień dojrzałego człowieka mogę okrasić tytułem „smutna opowieść”.

„Smutna opowieść” majora Roberta słabo wybrzmiała w czołowych liberalnych mediach Wschodniego Wybrzeża, ponieważ najpierw skutecznie powstrzymywały ją kwietne koszule i kolorowe przepaski na czołach hippisów, którzy, wydzierając się wniebogłosy żądali pokoju i miłości, a później jego przekaz stłamsiły starannie wykrochmalone kołnierzyki i złote pióra w rękach ludzi, którzy kiedyś byli hippisami, a później zasiedli w klimatyzowanych gabinetach na ostatnich piętrach szklanych wieżowców, uprzednio odwiedzając fryzjera, manicurzystkę i salon z najdroższymi garniturami. To dzięki nim Ali wrócił na piedestał i dopiero Larry Holmes, 2 października 1980 r., po technicznym nokaucie zakończył karierę gwiazdy.

Gwiazda, w dodatku o wiele jaśniejsza, zaświeciła także dla drugiego wojennego dekownika, który zasiadł w Gabinecie Owalnym dzięki wielkiej politycznej niezgule - Georgowi H.W. Bushowi. Clinton, wytwór mediów i osobistej telewizji, publicznie opowiedział o paleniu marihuany w młodości oraz zagrał na saksofonie, co dało mu wizerunek „zwykłego faceta”, pozwalając odsunąć od władzy pogromcę Saddama Husajna. Pokajał się, także oficjalnie, za wstydliwy wietnamski epizod i to również wspomogło jego wiktorię. Celowo pomijam rolę Hillary Clinton i wpływy jej rodziny, ale nawet w Polce opowiadano dowcipy, że wystarczy wżenić się w familię Rodhamów, aby stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Gorzki to wniosek i dla ludzi poświęcających się dla kraju bardzo bolesny.

Bardzo bolesna była dla mego amerykańskiego towarzysza broni wiedza, że - jak sam ich określał - „tchórze” brylowali na szklanych ekranach, a on, weteran z Delty Mekongu, żołnierz 82. Dywizji Powietrznodesantowej z Fort Bragg i teksański stróż prawa, musiał w wieku dojrzałym znów się zaciągnąć i wziąć udział w kolejnej światowej awanturze. Wtedy rozumiałem go tylko częściowo, ponieważ pewne rzeczy były dla mnie naturalne i wbite do głowy choćby przez Johna Lennona, żądającego by „dać szasnę pokojowi”, ale teraz, kiedy moją skroń przyprószyła siwizna, widzę ową wielką niesprawiedliwość, a także dostrzegam analogię do wydarzeń nad Wisłą.

Wydarzenia nad Wisłą również nie nastrajają optymistycznie. Część mediów, ta niechętna rządowi, usiłuje stworzyć jakieś bohaterskie postacie z ludzi, którzy warcholili na granicy polsko-białoruskiej. Jeszcze do niedawna byłem przekonany, że w obliczu zagrożenia zewnętrznego potrafimy się zjednoczyć, ale dziś wiem, że to niemożliwe. Bardzo chcę się mylić, jednak przewiduję, że za kilka lat, ktoś taki jak Franciszek Sterczewski może stać się symbolem walki z prawicowym reżimem, a jego kompanioni będą najjaśniejszymi gwiazdami rodzimej polityki. Rzeźbienie umysłów postępuje niesamowicie szybko i nawet najgorsze scenariusze stają się realne, a mnie pozostaje tylko pokiwać bezradnie głową nad kolejna smutną opowieścią.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

Tȟašúŋke Witkó

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.