Paweł Stachnik

Westerplatte na ekranie

Westerplatte na ekranie
Paweł Stachnik

1 WRZEŚNIA 1967. Odbywa się premiera filmu „Westerplatte” w reżyserii Stanisława Różewicza. Obraz uznawany jest za jeden z najlepszych polskich filmów wojennych.

Dwa lata po październikowej odwilży Stanisław Różewicz - młody reżyser, twórca kameralnych dramatów psychologicznych - nakręcił film wojenny „Wolne miasto”. Czarno-biały obraz opowiadał o obronie Poczty Polskiej w Gdańsku we wrześniu 1939 r. i był pierwszym polskim filmem o wojnie obronnej. Pierwszym i niezakłamanym, bo dotąd o kampanii wrześniowej można było mówić albo źle, albo wcale.

Wśród zmian, jakimi zaowocował październikowy przełom 1956 r. była także zmiana w podejściu do najnowszej historii. O ile nadal obowiązywała zasada potępiana przedwrześniowego przywództwa politycznego i wojskowego, to można już było mówić o bohaterstwie walczących żołnierzy i oficerów. Takie też było „Wolne miasto” - pokazywało odwagę i męstwo zwykłych ludzi, urzędników pocztowych i ich rodzin z Wolnego Miasta Gdańska. Film został dobrze przyjęty i miał wielomilionową widownię. Dziewięć lat później, w 1967 r., Różewicz ponownie sięgnął po wrześniowy temat. Tym razem po bitwę symbol - obronę Westerplatte.

Bez krzty zapału

Na autora scenariusza wybrał krakowskiego pisarza Jana Józefa Szczepańskiego, uczestnika kampanii wrześniowej i autora wydanej w 1955 r. głośnej powieści „Polska jesień”. Szczepański nie był do pomysłu przekonany, a praca nad scenariuszem szła mu wolno i opornie. Tak pisał o tym w swoim dzienniku 15 września 1965 r.: „Wczorajsze kolegium scenariuszowe w Warszawie przeleciało w atmosferze ogólnej i solidarnej aprobaty dla mojego […] scenariusza. Zaorski, Kraśko, Putrament prześcigali się w komplementach. Byłem zaskoczony, wiedząc najlepiej, jakie to jest. Wyduszone pod przymusem, bez krzty zapału czy wewnętrznego zaangażowania”.

Zupełnie inne podejście miał Różewicz. „Rzeczowy i fachowy”, swoim przekonaniem i jasnym stosunkiem do projektu starał się pozytywnie wpływać na Szczepańskiego. Wspomagał go też przy pisaniu, podsyłając materiały o obronie. Obaj panowie udali się do Gdańska i zwiedzili teren dawnej Składnicy Tranzytowej. Odbyli też rozmowy z żyjącymi obrońcami. Poznali dokumentację słowną, pisaną i fotograficzną.

Oddajmy głos Różewiczowi, który tak opisał to we wspomnieniach: „Oprowadzali nas po terenie walki ogniomistrz Piotrowski, sierżant Gawlicki i inni. Pokazywali miejsca, przytaczali słowa, powtarzali gdzie, kiedy i jak walczyli nasi żołnierze. Tu była wartownia Jedynka, główny punkt oporu. Tu leżał ciężko ranny porucznik Pająk, tu Niemcy próbowali dokonać nocnego desantu. Tędy przez potrzaskany las szedł major Sucharski z Piotrowskim na pierwsze spotkanie z Niemcami. Tu major zasłabł, miał za sobą siedem dni i nocy walki, straszliwego napięcia. Piotrowski zostawił nam obszerny zapis tamtych dni, sytuacji, których był osobistym świadkiem”.

O talencie Szczepańskiego świadczy, że mimo jego narzekań na brak weny i niechęci do pomysłu, a także późniejszych przeróbek, stworzył tekst o walorach literackich. Posłuchajmy choćby tego fragmentu: „Gdy nacierający znajdowali się już około 30 metrów, Szamlewski zaczął strzelać, a jego ludzie rzucili granaty. Wśród Niemców zapanowało zamieszanie. Padali, kryli się, niektórzy uciekali, dostając się pod ogień placówki Prom. Po chwili cała tyraliera przypadła do ziemi, otwierając nerwową palbę.

»O rany!« - krzyknął jeden z żołnierzy Szamlewskiego. Kapral obejrzał się niespokojnie. Strzelec zdjął hełm, bił się dłonią po karku. Drugi też zaczął wykonywać gwałtowne ruchy. Wokół obrońców krążył rój rozwścieczonych os z przestrzelonego gniazda”. To przecież bardziej powieść niż filmowy scenariusz.

Plejada gwiazd

Zdjęcia ruszyły 6 lipca 1966 r. Ekipa Zespołu Filmowego „Rytm” przybyła na Westerplatte tuż po wzniesieniu tam monumentalnego Pomnika Obrońców Wybrzeża. Jego budowa mocno zmieniła topografię półwyspu, a podczas prac i późniejszego porządkowania terenu zniszczono pozostałości i ślady po wydarzeniach z września 1939 r. Dlatego na Westerplatte nakręcono tylko niewielką część zdjęć, głównie w Wartowni nr 1 i te związane z morzem na przedpolu placówki „Fort”. Potem ekipa przeniosła się na poligon w Rembertowie, gdzie zbudowano resztę scenografii, m.in. koszary, pozostałe wartownie, okopy, bramę, a także zniszczony ostrzałem martwy las. Pozostała część zdjęć powstała w atelier w Łodzi.

Angażując aktorów do filmu Różewicz w dużej mierze kierował się ich fizycznym podobieństwem do prawdziwych obrońców. Rolę mjr. Henryka Sucharskiego dostał Zygmunt Hübner, utytułowany aktor i reżyser teatralny, wówczas kierownik jednej z najlepszych scen w kraju

- Teatru Starego w Krakowie. Jego zastępcę i antagonistę, kpt. Franciszka Dąbrowskiego, zagrał wysoki i szczupły Arkadiusz Baziak, absolwent krakowskiej PWST i w tamtym czasie aktor Teatru im. Juliusza Słowackiego. Chor. Janem Gryczmanem został specjalista od ról wojskowych i rycerzy Tadeusz Schmidt. Lekarza, kpt. Mieczysława Słabego, zagrał Bogusz Bilewski, a dowódcę placówki „Przystań” por. Zdzisława Kręgielskiego - Andrzej Zaorski.

O tym ostatnim tak pisał Szczepański: „Dziwne uczucie. Był tam aktor grający Kręgielskiego, tak podobny do fotografii tegoż i do mojego wyobrażenia o nim, że cały czas zdawało mi się, że to on ze swoim kawałkiem przedwojennego czasu, i musiałem powstrzymywać się, żeby nie mówić do niego per »panie poruczniku«”.

Prócz nich przed kamerą przewinęło się całe mnóstwo młodych wówczas, a później znanych i cenionych aktorów: Józef Nowak, Tadeusz Pluciński, Andrzej Kozak, Roman Wilhelmi, Wojciech Duryasz, Stefan Friedmann, Piotr Fronczewski, Marian Opania…

Wierny faktom, doskonały formalnie

Mundury przygotował Marian Kołodziej z Gdańska (absolwent krakowskiej ASP). Zgromadzono działającą broń z epoki (m.in. karabiny Mauser, erkaemy Browning). Trudność sprawiło zdobycie armaty 75 mm, jakiej używali obrońcy. Szukano jej w całej Polsce, a wreszcie znaleziono egzemplarz w Grudziądzu. Został wyremontowany i doprowadzony do stanu, w który można było z niego strzelać ostrą amunicją.

Ascetyczne czarno-białe zdjęcia zrealizował świetny operator Jerzy Wójcik (wcześniej filmował m.in. „Eroicę”, „Popiół i diament”, „Faraona”). Kadry z kapitulacji świadomie wzorował na znanych fotografiach wykonanych przez Niemców 7 września. Muzykę napisał Wojciech Kilar. Ostatnie zdjęcia nakręcono pod koniec października 1966 r.

Konflikt wyważony

Film przedstawiał dokumentalną wręcz relację z wydarzeń na Westerplatte od 31 sierpnia do kapitulacji 7 września. Nie było w nim fabularnych fajerwerków, tylko opowieść o wydarzeniach siedmiu dni walki, wsparta dobrą grą aktorów i realistyczną batalistyką. Znajdziemy w nim wszystkie znane wówczas epizody obrony (m.in. nalot Stukasów, zniszczenie działa, próbę podpalenia lasu przez Niemców, „alianckie” okręty na horyzoncie itd.).

Różewicza i Szczepańskiego nie interesowało jednak proste opowiadanie o obronie. Osią narracji uczynili konflikt dwóch postaw reprezentowanych przez Sucharskiego i Dąbrowskiego. Ten pierwszy, zagrany powściągliwie przez Hübnera, zdaje sobie sprawę z tragicznego położenia placówki. Wie, że odsieczy nie będzie i stara się ochronić swoich ludzi przed śmiercią wobec miażdżącej niemieckiej przewagi. Rozkaz obrony Składnicy przez 12 godzin został wszak wykonany z nawiązką.

Ten drugi, młody i porywczy, chce walczyć do końca, do ostatniego człowieka i ostatniego naboju, bo tak nakazuje honor i żołnierskie poczucie obowiązku. Znany polski spór - realiści kontra romantycy - wrócił znów tamtego lata na wojskowej placówce w Gdańsku. Spór ciekawy tym bardziej, że jego aktorów mocno dzieliło doświadczenie życiowe i pochodzenie społeczne (Dąbrowski - wychowany w Budapeszcie syn c.k. pułkownika i węgierskiej baronówny, Sucharski - syn szewca z wielodzietnej rodziny z podtarnowskiej wsi).

Konflikt ten Różewicz przedstawił w sposób wyważony i stonowany. Nie wiedział wtedy tego, co wiemy dziś, dzięki opublikowanym w latach 90. i 2000. pracom historyków: że po bombardowaniu lotniczym 2 września Sucharski doznał załamania nerwowego i wydał rozkaz poddania się, że dowodzenie przejął Dąbrowski i to on faktycznie kierował obroną przez następnych pięć dni, że Sucharski chciał zakończyć obronę znacznie wcześniej i namawiał do kapitulacji…

Politycznie niedopuszczalne

W wydanych po latach wspomnieniach Stanisław Różewicz napisał: „Kiedy Jan Józef Szczepański pisał scenariusz, kapitan Dąbrowski już nie żył. Żaden z obrońców, którzy relacjonowali nam walkę, o ostrym konflikcie między dowódcami nie mówił. Co należało robić? Kto był prawdziwym bohaterem? Prawdą jest, że obaj spełnili obowiązek wobec żołnierskiej przysięgi”.

Nieco inaczej mówił o tym jeden z obrońców, por. Stefan Grodecki, który po premierze tak wypowiedział się dla tygodnika „Film”: „- Czy uważa Pan, że postacie na ekranie są podobne do autentycznych” - Tak, lecz od razu wyznam to, o czym myślałem w czasie całego filmu: Sucharski nie był wówczas tak opanowany i rozważny. Byłem cały czas blisko niego. Widziałem jego wahania i rozterki, jego zdenerwowanie. Musieliśmy nieraz z kapitanem Dąbrowskim przekonywać go o potrzebie dalszego oporu. - Jest Pan jego antagonistą? - Zbyt formalistycznie traktował obronę Westerplatte. Sądzę, że myślał o kapitulacji już po dwóch dniach, bo wtedy zaczął o tym mówić. Uważał, że spełniliśmy obowiązek, utrzymując placówkę dłużej niż planowało dowództwo”.

Kwestie te zajmowały jednak wówczas niewielki krąg ludzi - uczestników obrony, i to tych, którzy wiedzieli o konflikcie Sucharski - Dąbrowski. Dla władz kinematografii ważniejsze były inne sprawy. Podczas kolaudacji w ministerstwie w lutym 1967 r. doszło do spięcia. Oddajmy raz jeszcze głos Szczepańskiemu: „Film wypadł i surowy, i prawdziwy, i jest dobrze grany. Podobał się, ale Gerhard [Jan, pisarz, publicysta, kierownik literacki zespołu „Rytm” - przyp. PS] wyskoczył z nieprawdopodobną pretensją na temat uścisku ręki między niemieckim dowódcą a Sucharskim. »To jest, towarzysze, politycznie niedopuszczalne […]!«. Przez dwie godziny obłąkana dyskusja na ten temat”…

Milionowa widownia

Światowa premiera „Westerplatte” odbyła się 12 lipca 1967 r. na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Moskwie. Obraz otrzymał tam srebrny medal, choć jego obecność na imprezie stanęła wcześniej pod znakiem zapytania. Oto radziecka komisja kwalifikująca filmy skontaktowała się ze stroną polską, sugerując że zakończenie dzieła nie jest dobre - załoga kapituluje, a tego nie należy pokazywać. Ostatecznie jednak film przyjęto i nagrodzono.

Polska premiera odbyła się 1 września 1967 r. w Gdańsku. Obraz zdobył duże uznanie zarówno krytyków, jak i publiczności. Znawcy podkreślali grę aktorską, dobry psychologiczny obraz postaci, wierność scenograficzną, paradokumentalny styl narracji. W krótkim czasie film obejrzało 2 mln 640 tys. widzów.

Posypały się też wyróżnienia. Jeszcze w 1967 r. Różewicz, Szczepański i Wójcik otrzymali Nagrody I stopnia Ministra Kultury i Sztuki oraz Ministra Obrony Narodowej. Klubu Krytyki Filmowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przyznał dziełu swoją Syrenkę Warszawską. W następnym roku tygodnik „Film” wyróżnił „Westerplatte” Złotą Kaczką

Na Lubuskim Festiwalu Filmowym w Łagowie przyznano mu Złote Grono za „wierną pod względem treściowym i doskonałą pod względem formalnym rekonstrukcję głośnego, bohaterskiego epizodu historii Polski oraz za twórczą interpretację dwu postaw żołnierskich w momencie decydującego wyboru”. W następnych dekadach film trafił do telewizji i był wyświetlany co roku na rocznicę wybuchu wojny. Chętnie oglądany jest do dziś, a towarzyszy mu opinia jednego z najlepszych polskich filmów wojennych.

Filmowa obrona Westerplatte zyskała jeszcze jedną odsłonę. W 2013 r. do kin wszedł obraz „Tajemnica Westerplatte” w reżyserii młodego filmowca Pawła Chochlewa. Produkcja poprzedzona była skandalem wywołanym doniesieniami jednej z gazet jakoby w scenariuszu znajdowały się obrazoburcze sceny (m.in. żołnierze pijący wódkę, sikający na portret Rydza-Śmigłego i uchylający się od walki). Przeciw reżyserowi rozpętano kampanię ataków, zarzucając mu antypolskość. Film z trudem udało się ukończyć.

Nie okazał się obrazoburczy, bo autor chciał po prostu pokazać obrońców jako żywych, reagujących emocjami ludzi, antypolskości zaś nie było w nim wcale. Obraz, w którym zagrała plejada znanych aktorów, był jednak warsztatowo słaby, co wynikało z braku doświadczenia debiutującego reżysera. Oglądany ponownie zyskuje, choć to zupełnie inna kategoria jakości niż dzieło Stanisława Różewicza

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.