Paweł Stachnik

Rzeczpospolita popijająca. Mimo powszechnego picia, II Rzeczpospolita nie była pijanym krajem

Bal z okazji otwarcia Resursy Artystycznej. Siedzą gen. Zula Pogorzelska, gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski i Antoni Słonimski Fot. Archiwum Bal z okazji otwarcia Resursy Artystycznej. Siedzą gen. Zula Pogorzelska, gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski i Antoni Słonimski
Paweł Stachnik

II Rzeczpospolita. Niepodległość przynosi zwiększenie spożycia alkoholu. W II RP piją artyści, dziennikarze, mieszczanie, politycy, wojskowi, wszyscy, ale Polska nie jest pijanym krajem.

Początek I wojny światowej przyniósł powszechny wybuch entuzjazmu, a także zwiększone spożycie alkoholu. W ten sposób ludzie wyrażali radość, ale też reagowali na niepewność związaną z nadchodzącymi wydarzeniami. W obliczu rychłego powołania do wojska i być może śmierci na froncie, upicie się było dobrym pomysłem.

- Władze państw wojujących w Wielkiej Wojnie zdawały sobie jednak sprawę z fatalnego wpływu zbyt dużej ilości spożytego alkoholu na psychikę żołnierzy - mówi znany historyk Jerzy Besala, autor niedawno wydanego III tomu „Alkoholowych dziejów Polski”.

W tej sytuacji w zaskakujący sposób do kwestii alkoholu podeszła latem 1914 r. carska Rosja. Jej władze wprowadziły bowiem prohibicję, zakazując wytwarzania i obracania napojami wyskokowymi. Był to odważny krok, bo po pierwsze picie było nieodzowną częścią życia rosyjskiego społeczeństwa, a po drugie produkcja wódki przynosiła państwu duże dochody.

Niemniej decyzja zapadła i co gorsza zaczęto ją realizować. Na przyfrontowym terenie Królestwa Polskiego wojsko opróżniało gorzelnie i składy. - Zbiorniki gorzelniane i inne wylewano do rowów i stawów, skutkiem czego pijane były głównie ryby, gęsi, drób, świnie itp. Bywało, że żołnierze rosyjscy i wcieleni do tej armii Polacy chłeptali wylewany spirytus prosto z ziemi zanim wsiąkł, razem z dżdżownicami i innymi darami natury - opowiada Jerzy Besala.

Zdarzały się też przypadki śmierci z przepicia, gdy pijacy nie potrafili się opanować widząc tyle darmowego alkoholu. Pamiętniki Królewiaków z tamtego okresu pełne są opisów takich właśnie wydarzeń.

Pijana wojna

Prohibicja oczywiście nie zlikwidowała problemu nadmiernego picia, zwłaszcza w wojsku. W carskiej armii nadal hektolitrami pito alkohol, a żołnierze wymyślali najróżniejsze sposoby, by zdobyć wódkę. - Szczególną rolę odgrywali w tym panopticum Kozacy, pełniący na koniach funkcje wywiadowcze. Natrafiając na gorzelnię opróżniali ją, a po wytrzeźwieniu jechali dalej - mówi historyk. Chętnie też opróżniali sklepy w miasteczkach i piwnice w polskich dworach czy plebaniach w zajętej Galicji.

Lepiej z dostępem do alkoholu było w zaborze pruskim i austriackim, gdzie prohibicję również wprowadzono. - Zakazy po prostu omijano, poza tym większość surowców, także rolnych, szła na potrzeby walczących armii. Żołnierze niemieccy nie wyobrażali sobie wojowania bez piwa, więc wszędzie, gdzie się zjawili, także na ziemiach polskich, urządzali Bierstube - opowiada Jerzy Besala.

Koszmar działań frontowych powodował, że żołnierze i oficerowie cały czas szukali zapomnienia w procentach. Pito we wszystkich armiach i wszędzie walczący otrzymywali przydziały alkoholu. Żołnierzom I Brygady przysługiwało pół litra wina na dzień. Często dostawali też rum, bardzo popularny ze względu na swoją moc. We wspomnieniach legionistów znaleźć można całe mnóstwo relacji z mocno zakrapianych imprez urządzanych na kwaterach, w ziemiankach i okopach.

Franciszek Lis z II Brygady wspominał wydarzenia z 24 grudnia 1914 r. z okolic Rafajłowej: „Rozsiedliśmy się w szałasie dookoła ogniska. Poszły w ruch dwie manierki z rumem. Zrobiło się wesoło […]. Pierwszy raz w życiu kosztowałem rumu i po dwóch łykach straciłem kompletnie przytomność”. […] Gdy zbudziłem się rano, nie pamiętałem niczego”.

Z powiedzenia „Dać mu rumu!” znany był komendant Legionów gen. Karol Durski-Trzaska. „Nasz Ekscelencja wielki zuch, ataki czyni śmiało. Byłby Moskali rozbił w puch, lecz rumu dał za mało” - śpiewali żołnierze.

Z kolei kapelan I Brygady o. Kosma Lenczowski wspominał piosenkę, jaką żołnierze jednej kompanii 5. pułku piechoty ułożyli na jego cześć, gdy przywiózł im dwie butelki wódki: „Nasz kapelan chłop morowy, do wypitki jest gotowy. Nasz kapelan konno jedzie, butle wódki ma na przedzie”.

W okopach na Wołyniu pito rum, wino i wódkę, na Węgrzech przyswajano tokaje i węgrzyny, a na froncie włoskim osuszano tamtejsze winnice. Stanisław Kawczak z Nowego Sącza, oficer ck 20. pułku piechoty, przytacza zdarzenie z frontu włoskiego. Włosi krzyczeli tam po polsku ze swoich okopów: „oddajcie wino, coście wypili. Huknąłem im też przez tubę: Kiepskie to wasze wino. Kwaskowate i gorzkawe, my mamy w bród węgrzyna”...

I tak właśnie - na rauszu - doczekano 11 listopada i powstania niepodległej ojczyzny.

Pijana Polska

Jak pisze Jerzy Besala, odzyskanie niepodległości zaskutkowało wybuchem radości i zwiększonym pędem do zabawy podlewanej alkoholem. Mimo że kraj był zniszczony i wygłodzony, a jego granice nieustalone, ludzie chcieli się bawić, świętować i pić, by odreagować koszmar zaborów i niedawnej wojny. Z tym, że pili ci, którzy niekoniecznie mogli sobie na to pozwolić: a zatem mieszkańcy miast, inteligencja, artyści, robotnicy i wojskowi.

Warstwy te w pierwszych latach niepodległej Polski zmagały się z nędzą, bo ich zarobki były niewielkie. Mimo to alkohol lał się u nich strumieniami. Charakterystyczne są zapisane we wspomnieniach i dziennikach refleksje światków tamtych dni, którzy notowali, że mimo nędzy na ulicach polskich miast restauracje i knajpy są pełne, a towarzystwo bawi się w najlepsze.

- Radość z odzyskania wolności była wielka i długotrwała, więc podobnie jak w Paryżu czy Berlinie po I wojnie światowej dansingi i kabarety opanowały życie towarzyskie w większych polskich miastach - podkreśla Besala.

W miastach pojawiła się nowa tendencja. „Niegdyś szlachta usiłowała naśladować magnatów w stylu życia nawet kosztem osławionego i straceńczego »zastaw się, a postaw się«. Po przemianach społecznych pałeczkę naśladownictwa przejęli nowi mieszczanie aspirujący do życia salonowego, balowego, rozrywkowego. Tak bowiem postępowało ziemiaństwo zjeżdżające w karnawale do wielkich miast i prowadzące salony dla »wybranych«, więc polska bourgeois chciała ich naśladować” - czytamy w „Alkoholowych dziejach Polski”.

Bawili się więc urzędnicy, studenci, lekarze, dziennikarze, kupcy i bogatsi rzemieślnicy. „W Warszawie rozpoczyna się życie, właśnie w chwili, gdy prowincja kładzie się po mozolnej pracy do snu. Wszystkie lokale publiczne są przepełnione bawiącą się publicznością i ma się wrażenie, że się zbłądziło do najbogatszego miasta świata” - pisał jeden z publicystów.

Nieco inaczej było natomiast na wsi. Polska wieś, w XIX w. wprost tonąca w alkoholu (Jerzy Besala opisał to w poprzednim tomie swojej książki, poświęconym okresowi rozbiorów i powstań), teraz wytrzeźwiała.

- Chłop stał się najlepszym księgowym. W związku z reformami rolnymi 1920 i 1925 r. otworzyły się dla niego szanse nabywania ziem z parcelacji obszarów państwowych i wykupowanych przez państwo ziem obszarniczych. Rolnik umiał liczyć, był zapobiegliwy i nie opłacało mu się owoców ciężkiej pracy obracać na wódkę, tym bardziej że często harował w nadziei, że jego dzieci będą żyły lepiej, a on dokupi kolejny skrawek pola. Nawet przepijający wszystko w Królestwie Polskim i Galicji parobczaki i fornale jako bezrolni mogli otrzymać kawałek ziemi i zyskać nadzieję na lepsze jutro - wyjaśnia historyk.

Swoje zrobiły też organizowane przez księży od II poł. XIX w. krucjaty antyalkoholowe oraz bractwa trzeźwości. Doszło do tego, że w niektórych miejscowościach oblegane niegdyś karczmy zamykano, a nawet burzono. Nie oznacza to oczywiście, że wieś nie piła w ogóle. Wódka nadal cieszyła się wśród polskiego ludu dużą popularnością. A że była droga, to chłopi ratowali się pędząc samogon.

Innym sposobem zapewnienia sobie taniego alkoholu był jego przemyt z zagranicy, głównie z Niemiec i Wolnego Miasta Gdańska. Proceder ten przybrał duże rozmiary.

Ciekawym sposobem wprowadzenia się w stan upojenia było w tamtych czasach picie eteru - czystego, rozcieńczonego wodą lub dodanego do alkoholu. Nałóg ten był szczególnie rozpowszechniony na Górnym Śląsku, gdzie narkotyk dość łatwo przemycano z Niemiec, a chętnie zażywali go dorośli, starsi, a nawet dzieci. Ten sposób odurzania się stosowany był także przez chłopów w Galicji.

Pijany jak oficer

Były środowiska, w których alkohol pito szczególnie często i w dużych ilościach. Z zamiłowania do trunków słynęli artyści, pisarze i dziennikarze. Zakrapiane alkoholem imprezy artystycznej bohemy dwudziestolecia przeszły do legendy.

W Warszawie biesiadowano w „Ziemiańskiej”, „Adrii”, „Oazie”, u „Simona i Steckiego”, „Pod Wróblem”, w „Udziałowej”, „Pod Ryjkiem”, w „Bachusie”, „Marsie” i jeszcze wielu innych lokalach. W Krakowie towarzystwo korzystało m.in. z restauracji hoteli „Pollera” i „Grand”, a także „U Wentzla”, „Hawełki”, „Jamy Michalikowej” i „U Plastyków”. Było też mnóstwo knajp „na rogu” np. na Karmelickiej, Wolskiej czy Długiej. Były podrzędne lokale na Zwierzyńcu i na Kazimierzu oraz otwarta długo w nocy restauracja na dworcu głównym.

Pod Wawelem ze skłonności do alkoholu - prócz rzecz jasna artystów - znani byli też dziennikarze z koncernu „IKC”. „Przeczytasz »Ikaca«, będziesz miał i kaca” - głosiło powiedzenie. Trzeba jednak zaznaczyć, że sam założyciel i właściciel „Kurierka”, Marian Dąbrowski, od alkoholu stronił. Innym środowiskiem, które nie stroniło od procentów było wojsko. Oficerowie pili na potęgę, a używanie (czy raczej nadużywanie) alkoholu stało się częścią wojskowej obyczajowości. We wspomnieniach przedwojennych oficerów pijaństwa, często do nieprzytomności, pojawiają się równie często co ćwiczenia czy zajęcia z żołnierzami.

- Kadra wojskowa tradycyjnie pochłaniała znaczne ilości, z tym że rankiem oficer i podoficer miał się nie chwiać i być gotów do prowadzenia ćwiczeń - mówi Jerzy Besala.

Picie, przeniesione do Wojska Polskiego z zaborczych armii, przede wszystkim z rosyjskiej, było rozrywką, ale też formą odreagowania trudów służby. Pito w dużych miastach, gdzie alkoholową ofertą kusiły restauracje, kluby i kawiarnie, pito też w małych garnizonach kresowych, gdzie po służbie nie było dokąd pójść i co robić.

Choć w latach 30. zaczęły pojawiać się głosy, że pijaństwo w wojsku przybiera zbyt duże rozmiary i jest szkodliwe, to nadal zdarzali się dowódcy, którzy szykanowali oficerów-abstynentów, blokując ich awanse lub doprowadzając do przeniesienia do innej jednostki.

Literat bez kieliszka?

Częste picie i głębokie upijanie się skutkowało wcześniej czy później chorobą alkoholową. Z nałogiem zmagali się m.in. gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Michał Choromański, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Stanisław Przybyszewski, Józef Węgrzyn, być może także minister Józef Beck.

- Najbardziej widoczni byli artyści, którzy przez pijaństwo, eksperymenty z narkotykami i uzależnienia tworzyli nie tylko interesujące dzieła, ale i własną legendę. Picie alkoholu inspirowało i wręcz wtopiło się w twórczość Witkacego, Gałczyńskiego, Jaracza, Uniłowskiego, Broniewskiego i wielu innych - mówi Jerzy Besala. „W Polsce łatwiej wyobrazić sobie literata bez pióra niż bez kieliszka” - napisał Witold Gombrowicz.

Wobec opisanych tu przykładów nasuwa się pytanie: czy II Rzeczpospolita była państwem pijanym? Z ustaleń Jerzego Besali wynika, że nie. W dwudziestoleciu międzywojennym pito w Polsce mniej niż wcześniej i później.

- Mimo alarmujących danych komitetów antyalkoholowych o rozpiciu narodu, pito stosunkowo niewiele. Np. w 1929 r. statystyczny Polak wypił 1,6 l czystego spirytusu, a w kryzysowym roku 1932 - 0,6 l. W porównaniu z 8,6 l spirytusu (plus nielegalny bimber) wypijanych w ostatnich latach dekady Gierka były to liczby niewielkie. Planując wesele czy przyjęcie rodzinne za normę przyjmowano ćwiartkę „na łebka”, a nie pół litra, jak w czasach komuny.

W związku z tym z pewnością w latach międzywojennych uzależnionych było mniej niż w rozpitym PRL, zakładając, że od 4 do 9 proc. pijących wpada w sieć nałogu. Nawiasem mówiąc obecnie przekroczyliśmy „gierkowską” granicę rozpicia, tylko picie stało się częstsze, bardziej ukryte, kulturalne, rozproszone - mówi historyk.

Prawdziwy potop alkoholowy Polska przeżyje dopiero podczas okupacji i w PRL-u. Ale o tym przeczytamy w kolejnych tomach „Alkoholowych dziejów Polski” Jerzego Besali.

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.