Prof. Ryszard Lauterbach o magicznej chwili narodzin człowieka

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas
Maria Mazurek

Prof. Ryszard Lauterbach o magicznej chwili narodzin człowieka

Maria Mazurek

O tym, jak rodzi się człowiek, o niesamowitej więzi matki z noworodkiem i nadzwyczajnych zdolnościach „nowego człowieka” rozmawiamy z prof. Ryszardem Lauterbachem, kierownikiem Oddziału Neonatologii Collegium Medicum w Krakowie.

Wzrusza się pan czasem?

Zawsze się wzruszamy, kiedy przyjmujemy na świat małego, nowego człowieka. To wzruszenie czasem bardzo szybko musi ustąpić miejsca naszej interwencji. Ale jeśli stan dziecka jej pilnie nie wymaga, jeśli ono płacze, krzyczy, cieszy się z przyjścia na świat, ta magiczna chwila tuż po narodzinach trwa trochę dłużej. Pokazujemy mamie, jak dotykać, przytulać, czuć to dziecko - już na zewnątrz jej ciała.

Pan powiedział: dziecko cieszy się z przyjścia na świat. A ja tak sobie myślę, że w istocie narodziny muszą być traumatycznym przeżyciem.

Przypomniało mi się chińskie przysłowie, które mówi: rodzimy się mokrzy i nadzy, a potem już sprawy przybierają coraz gorszy obrót. Podczas narodzin dziecka czujemy niesamowicie dużo emocji, radości, nadziei. Rodzi się nowe życie. Jednak ten nowy człowiek nie ma łatwo: opuszcza ciepłe i bezpieczne łono matki, gdzie niczego mu nie brakowało, i wita całkiem nowy świat. Z pierwszym krzykiem musi się nauczyć oddychać. Z pierwszą kroplą mleka matki - jeść. Jeśli dziecko przyszło na świat za wcześnie, zwykle nie jest na to gotowe.

Czego mu brakuje?

Dojrzałości niemal wszystkich narządów, na czele z mózgiem, płucami i przewodem pokarmowym. Ratujemy tu dzieci, które ważą 500, 600, 700 gramów. 40 lat temu, gdy zaczynałem pracę, nie miałyby najmniejszych szans na przeżycie. To są maluszki, które nie mają jeszcze ani jednego pęcherzyka płucnego (bo one rozwijają się dopiero po 30 tygodniu ciąży). Ich płucka są takimi prymitywnymi jamami, które nie mają nic wspólnego z prawdziwymi płucami, a przez które, jakimś cudem, dochodzi do wymiany gazowej. Jednak bardzo często musimy pomóc wcześniakowi oddychać, podłączając go do respiratora. Drugi największy problem to układ trawienny. Kompletnie nieprzygotowany do przyjmowania pokarmu.

Człowiek, który wita świat, z pierwszym krzykiem musi nauczyć się oddychać, z pierwszą kroplą mleka matki - jeść

Po urodzeniu staramy się uaktywniać przewód pokarmowy, stymulować go, podając pokarm matki - bo w mleku są niezwykle ważne składniki, niezbędne dla prawidłowego rozwoju dziecka, chroniące je przed infekcjami. Ale taki maluszek jest w stanie zjeść tego pokarmu na początek zaledwie kilka kropel, kilka mililitrów. Całą resztę musimy podawać mu dożylnie. W tym sztucznym, dożylnie podawanym pokarmie musi się znajdować to wszystko, co dziecko powinno w tym czasie otrzymywać przez łożysko. Staramy się naśladować ludzki organizm, ale - przynajmniej na razie - daleko nam do precyzji natury.

Nasz organizm jest mądrzejszy niż my sami?

To jest wielka tajemnica życia. I w takim miejscu, gdzie rodzi się życie, czuć to chyba najbardziej. Cud życia, cud tej niesamowitej regulacji natury. Ale z drugiej strony, proszę pamiętać, na tym oddziale jestem też często świadkiem nieudanej regulacji natury, która prowadzi do nieszczęścia, do tragedii, do wad wrodzonych, zaburzeń chromosomalnych, do śmierci. To wszystko mamy tu w jednym miejscu: i to szczęście wynikające z urodzenia dziecka, któremu przekazuje się wszystko, co najlepsze, i dramaty wynikające z tego, że dziecko nie ma szans na przeżycie. Bo ma takie wady, że rodzi się, ale wiemy, że za chwilę odejdzie.

Co wtedy?

Staramy się stworzyć rodzicom takie warunki, by jak najspokojniej, w nastroju wyciszenia mogli się pożegnać z tym dzieckiem. Próbujemy pozwolić im odciąć się w tej dramatycznej chwili od całej reszty świata. Jeśli chcą, żebyśmy towarzyszyli im przy śmierci dziecka - jesteśmy. Jeśli wolą przeżyć to w samotności - umożliwiamy im to. Jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy takie chore, uszkodzone dziecko odejdzie, więc wcześniej przygotowujemy na to rodziców, otaczamy ich opieką - ale nienachalną, delikatną.

Nigdy nie stosujemy uporczywej terapii. Jeśli dziecko ma ciężkie wady genetyczne czy morfologiczne, jeśli wiemy, że to kwestia godziny, kilku godzin, czasem kilku dni - w takiej sytuacji nie podejmujemy działań resuscytacyjnych. Bo to byłby przykład uporczywej terapii, dającej ból i cierpienie, która i tak zakończyłaby się śmiercią.

Zdarza się, że rodzice nie przyjmują tego do wiadomości, błagają, żebyście ratowali dziecko mimo wszystko?

Oczywiście, że tak. Przecież śmierć własnego dziecka to najgorsze, co może się w życiu wydarzyć. Pojawiają się bunt, wyparcie, złość. Ale po to rozmawiamy z rodzicami, przygotowujemy ich. I powiem pani, że ostatecznie rodzice dzieci, które odeszły, bardzo często dziękują nam za te ostatnie chwile. Podziwiam ich za to, że potrafią wznieść się ponad swoje cierpienie, swoją stratę.

Może w cierpieniu łatwiej dostrzec czyjąś troskę?

Być może człowiek cierpiący czasem widzi więcej. O ile uda mu się zaakceptować stratę. Po to są te nasze rozmowy z rodzinami. Rozmawiamy z nimi zarówno my, lekarze i pielęgniarki, jak i osoby szczególnie do takich rozmów przygotowane - psychologowie zatrudnieni na naszym oddziale. Nie wyobrażam sobie pracy bez ich pomocy.

Pomagają rodzicom dzieci, które umierają, ale pomagają też tym, które ratujemy, a które ważą po urodzeniu kilkaset gramów, a więc mają przez sobą długi czas terapii i niepewności. Takie dzieci muszą u nas przebywać na oddziale kilka miesięcy, czasem rok i dłużej. Trzeba przygotować rodziców na to, żeby byli cierpliwi. I dać im nadzieję. Stąd również te wszystkie zdjęcia uratowanych wcześniaków na naszych korytarzach. Żeby dać rodzicom więcej nadziei. A przecież stan psychiczny rodziców, przede wszystkim matki, oddziałuje na dziecko.

Prof. Antoni Kępiński już pod koniec lat sześćdziesiątych (w czasach, gdy dziecko odbierało się od matki tuż po porodzie, kiedy noworodki leżały na osobnych salach, kiedy nie było jeszcze naukowych dowodów na to, że dotyk rodziców jest tak ważny) sugerował, że taki noworodek, a zwłaszcza wcześniak, niekoniecznie reaguje na kolory, światło, dźwięki, ale najmocniej odczuwa stan psychiczny matki i się z nim identyfikuje - tak jak to czynił przez kilka miesięcy przed urodzeniem się. Proszę teraz wyobrazić sobie, że rodzi pani dziecko ważące 800 gramów. Co pani czuje?

Czytaj więcej:

  • Dlaczego profesor wybrał neonatologię?
  • Na co choruje neonatologia? 

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Polskiego,
  • codzienne wydanie Dziennika Polskiego,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.