Porwanie Matki Bożej pod Krzyżem, czyli wpadka recydywisty po latach

Czytaj dalej
Fot. Artur Drożdżak
Artur Drożdżak

Porwanie Matki Bożej pod Krzyżem, czyli wpadka recydywisty po latach

Artur Drożdżak

Anonimowy rozmówca zadzwonił na policję i podał nazwiska mężczyzn, który w Trzebini porwali Matkę Boską. Dzięki temu rozwikłano sprawę napadu sprzed ośmiu lat.

Rozmówca, którego tożsamości nie udało się potem ustalić, jak wynika z zapisu rozmowy z oficerem dyżurnym w Trzebini, postanowił ujawnić sprawę, bo „leżała mu na sumieniu”. Wymienił przy tym imiona i nazwiska czterech sprawców, którzy dokonali napadu i ofiarom zrabowali święty obraz. Padły dane: Zbigniew F., Stanisław G., Norbert F. i przejezdny Sylwester G. ps. Siwy.

- Główny sprawca Zbigniew F. nie mógł nigdzie sprzedać obrazu. Jego zdjęcia pokazywał i tam była jakaś kobieta, dama. Chwalił się przy tym, co to on nie jest i że z tymi osobami działał wspólnie.

- Dzwoni pan z numeru zastrzeżonego... - zauważył policjant. - Nie chciałbym po sądach chodzić, a może już później w kiciu, więc nie chcę więcej mówić. Proszę to zweryfikować. Życzę miłego dnia - zakończył „życzliwy” obywatel.
Kryminalni poważnie potraktowali informację, bo sprawa napadu była od lat niewykryta. Sięgnięto po stare akta, bo pokrzywdzone ofiary już zmarły. 90-letnia Marianna H. i o dwa lata młodsza Józefa G. mieszkały samotnie w domu na obrzeżach Trzebini. Z sąsiadami pozostawały w sporze i rzadko kto je odwiedzał. Zaglądały regularnie do nich jedynie pracownice Ośrodka Pomocy Społecznej i siostry PCK.

Weszli przez okno

Po południu 2 grudnia 2011 r. gospodynie aż podskoczyły, gdy usłyszały brzdęk tłuczonego szkła w oknie i po chwili stanęły oko w oko z dwoma bandytami. Na głowach mieli czapki, a na dłoniach rękawiczki. Wyrwali kabel telefoniczny i sterroryzowali starsze panie. Padły z ich ust groźby śmierci, jeśli nie dostaną gotówki. Bili kobiety metalowym prętem zakończonym jak laska św. Mikołaja i połamali im kości rąk. Marianna uderzyła tęższego z nich pantoflem i zadrapała mu wtedy twarz do krwi. Oceniała jego wiek na 35-40 lat, drugi miał płaski i szeroki nos jak bokser, wydatne usta, ciemne włosy, był szczupły i blady - tak ich zapamiętały. Jak i to, że tęgi do chudego raz rzucił słowo: Staszek.

Obu tłumaczyły, że pieniądze owszem mają, ale w banku, bo zbierają na remont dachu, a na emeryturę dopiero czekają. Bandyci nie odpuszczali, znów padły groźby, ale kobiety, które przeżyły wojnę i czasy komuny, te słowa przyjęły już spokojniej.
Sprawcy wybebeszyli wnętrza szaf, zabrali sznur korali, 12 złotych w gotówce i święty obraz w złoconej ramie. Wyszli jak przyszli przez rozbite okno, ale zabrali klucze i zamknęli kobiety od zewnątrz. Zmęczone, pobite i uwięzione w swoim własnym domu usnęły. Dopiero następnego dnia zaczęły wzywać pomocy przez otwarte okno i krzyki usłyszał pracownik kolei. Przeskoczył płot, rozbił szybę w drzwiach i wszedł do środka budynku. Wezwał policję i pogotowie.

Kobiety podejrzewały sąsiadów, że zlecili napad, ale to się nie potwierdziło, podobnie efektu nie przyniosło sprawdzanie miejscowych żulików i lokalnego półświatka. Kryminalni mieli dwa ślady, które mogły pomóc w ustaleniu tożsamości bandytów. Na miejscu została czapka, którą jednemu z nich ściągnęła z twarzy bita Marianna H. Znaleziono tam ślady DNA trzech osób, ale bez materiału porównawczego nie było szans na wskazanie kim są. Zniknął też, co prawda bez większej wartości, ale dość charakterystyczny obraz ze złoconą ramą odrestaurowany w klasztorze przy ul. Głowackiego. Wymiary dzieła na płótnie 40-60 cm, obraz ponoć przedstawiał Matkę Boską Bolejącą, choć mogła to być też Matka Boska Miłosierna. Dzieło rzekomo było podpisane przez Marylę Pachnicką, ale takiej artystki nie odnaleziono. Śledztwo z czasem umorzono. Marianna zmarła w 2016 r. Józefa dwa lata po niej.

Dopiero anonimowy telefon odkurzył stare akta i wydawało się, że sprawa będzie prosta i łatwa. Wskazany jako główny sprawca Zbigniew F. miał kryminalną przeszłość, pozostali też nie byli bez grzechu. Okazało się, że od pewnego czasu ten 50-latek, hydraulik z zawodu się ukrywa, bo ma już proces w sprawie 22 włamań i kradzieży w podkrakowskich miejscowościach. Zatrzymano go w Oświęcimiu w kwietniu 2019 r. i porównano ślad DNA z czapki sprawcy rozboju sprzed lat i wyszło na jaw, że pasuje do ujętego mężczyzny. Zbigniew F. trafił za kratki.

Trop z Rosji

Policjanci ustalili, że wiedzę o obrazie może mieć syn zmarłej już Mariany H. Mężczyzna był pracownikiem polskiej ambasady w Rosji, ale udało się go przesłuchać w drodze pomocy prawnej. Artur H. Zeznał, że jego zdaniem zrabowany obraz to portret Matki Boskiej Płaczącej w Cierniu. Dzieło wykonała przyjaciółka jego mamy, czyli urodzona w 1932 r. Maria Pruchnicka z Leska na Podkarpaciu. Faktycznie taka artystka tworzyła od lat 70-tych i obraz był darem dla Marianny H. Były domysły, że namalowała Marię Pannę wzorując się na twarzy Marii Panny z kościoła Przemyślu, ale ona sama twierdziła, że zainspirowała się twórczością włoskiego mistrza baroku Guido Reni (1575- 1642) i jego dziełem Matka Boska pod Krzyżem Chrystusa.

Z Marianną H. poznały się w sanatorium w Iwoniczu Zdroju, artystka odwiedziła ją potem w Trzebini i podarowała obraz. Miała też u siebie jego kopię tyle, że z innym tłem. Pokazała ją policjantom. Słyszała o kradzieży dzieła na szkodę Marianny H. , odwiedziła przyjaciółkę przed śmiercią, ale nie zdążyła wykonać dla niej drugiego takiego dzieła.

Sprawca i wspólnik

Aresztowany Zbigniew F. przyznał, że kiedyś robił remont u obrabowanych kobiet i kładł u nich panele podłogowe. Wiedział jak się do nich dostać i co można zrabować. Na miejsce pojechał autem ze znajomym Antonim P., który kamieniem rozbił szybę i wtedy weszli do środka budynku przez okno.

- Jedna z kobiet ściągnęła mi czapkę. Antek zabrał obraz i schował go pod kurtkę. Był malowany na desce, przedstawiał twarz kobiety, może jakiejś zakonnicy w habicie. Z tyłu był napis M. Pruchnicka - wyjaśniał oskarżony, choć nie do końca zgodnie z prawdą i ustaleniami śledztwa. Po trzech dniach Antoni P. przyniósł mu obraz i twierdził, że w internecie nie znalazł takiej malarki i że jest bezwartościowy - opowiadał Zbigniew F.

Zaniósł więc dzieło właścicielowi skupu złomu w Młoszowej. Ten także potwierdził mu, że obraz nie jest cenny i dała za niego 40 zł. Tu ślad się urywa, bo właściciel skupu złomu zaprzecza, by kupił obraz, także Antoni P. neguje, by brał udział w jego rabunku na szkodę starszych pań.

- To Zbyszek po pijaku się przechwalał, że dokonał rozboju. Obrazu mi nie pokazywał i nie prosił, bym szukał na niego kupca - twierdzi. Panowie czują teraz do siebie wrogość, bo cały czas mają przed innym sądem proces w sprawie włamań i kradzieży Antoni P. twierdzi, że Zbigniew F. go obciąża, by dostać łagodniejszy wyrok.
Przed Sądem Okręgowym w Krakowie Zbigniew F. przyznał się do winy i potwierdził, że bił kobiety niebezpiecznym narzędziem. Za brutalny napad dostał karę 5 lat więzienia i ten wyrok jest już prawomocny.

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.