Paweł Stachnik

Pokój, który przyniósł wojnę

Ignacy Jan Paderewski i prezydent Wilson, rysunek Artura Szyka Ignacy Jan Paderewski i prezydent Wilson, rysunek Artura Szyka
Paweł Stachnik

18 STYCZNIA 1919. Rozpoczyna się konferencja pokojowa w Paryżu. Ma uporządkować Europę po wojnie, a także ukarać jej sprawców. Ma też wprowadzić nowe - sprawiedliwe - zasady międzynarodowej polityki

Konferencje mocarstw miały w Europie długą tradycję. Począwszy od kongresu wiedeńskiego w 1815 r. potęgi europejskie - zwykle były to Anglia, Francja, Rosja, Prusy i Austria - spotykały się, by rozstrzygnąć sporne kwestie, zawrzeć traktat pokojowy, przeprowadzić zmiany terytorialne. Tak było np. w 1856 r. po wojnie krymskiej, w 1878 po wojnie rosyjsko-tureckiej i w 1912 po wojnach bałkańskich. Obradującym politykom przyświecała generalna zasada: równowaga europejska nie może zostać zachwiana, a główną rolę na kontynencie ma niezmiennie odgrywać koncert mocarstw.

Tym razem jednak miało być inaczej. Zwołana do Paryża konferencja pokojowa po zakończonej niedawno wojnie światowej miała wprowadzić nowy ład w Europie i na świecie, usunąć niesprawiedliwości, dopuścić do głosu małe narody, a wreszcie ukarać winnych wojny. Twórcą i propagatorem takiego podejścia był prezydent USA Thomas Woodrow Wilson przejęty zasadami wolności, demokracji i samostanowienia narodów. Miał skończyć się czas narzucania małym woli przez wielkich i czas rozstrzygania sporów za pomocą wojny.

Do udziału w paryskich obradach zaproszono przedstawicieli 27 państw. Najważniejszymi byli przywódcy zwycięskiej koalicji: Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Włoch i Japonii. Mniej ważni byli pozostali członkowie Ententy i przedstawiciele tzw. krajów stowarzyszonych, czyli Belgowie, Serbowie, Grecy, Rumuni, Czesi, Polacy, Portugalczycy… Na salę obrad nie wpuszczono natomiast delegatów pokonanych państw centralnych: Niemiec, Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji.

Byli za to wysłannicy najróżniejszych egzotycznych państw i narodów z różnych części świata. Tak pisał o nich uczestnik obrad, irlandzki dziennikarz Emile Joseph Dillon, w swojej książce „Konferencja pokojowa w Paryżu 1919”: „Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Indusi, Kirgizi, Lezgini, Mingrelczycy, Buriaci i Malajczycy, murzyni i metysi z Afryki i Ameryki byli pomiędzy plemionami zebranymi w Paryżu, aby się przyglądać odbudowywaniu systemu politycznego świata i dowiedzieć się, komu się dostaną”.

Powrót do przeszłości

Jako to „komu się dostaną”? Przecież miano skończyć z decydowaniem ponad głowami małych narodów! Takie było założenie, ale praktyka - i chyba siła przyzwyczajenia - okazały się inne. Decyzje podejmować mieli przywódcy pięciu wspomnianych najważniejszych krajów: Wielkiej Brytanii, Francji, USA, Japonii i Włoch. Zaproponowali oni, by wszystkie ważniejsze kwestie były omawiane i rozstrzygane najpierw w gronie przedstawicieli tej piątki, a dopiero potem przedstawiane na posiedzeniach plenarnych delegatom państw. Potem krąg decyzyjny jeszcze bardziej zawężono ograniczając go do trzech ludzi: prezydenta USA Thomasa Woodrowa Wilsona, premiera Wielkiej Brytanii Davida Lloyda George’a i premiera Francji Georgesa Clemenceau.

Delegacje mniejszych państw wzywane były przed oblicze Wielkiej Trójki, gdzie mogły przedstawić swoje postulaty terytorialne i graniczne. Były to jednak tylko postulaty, przybysze występowali w roli petentów, a ostateczne rozstrzygnięcia zależały wyłącznie od decydentów. W dodatku ci ostatni traktowali przedstawicieli mało im znanych narodów Europy Południowej, Środkowej i Wschodniej z lekceważeniem, a czasem nawet z niechęcią.

Takie podejście skutkowało niczym innym, jak powrotem do XIX-wiecznych metod polityki międzynarodowej, tj. do narzucania słabszym woli mocarstw. „Delegaci [czyli Wielka Trójka - przyp. PS] wymagali bezkrytycznej wiary i ślepego posłuszeństwa. Każde ich twierdzenie, nawet najbardziej nieoczekiwane, powinno było spotkać się z uznaniem z chwilą, gdy otrzymało stempel oficjalny” - relacjonuje Dillon, którego wydaną pierwotnie w Polsce w 1921 r. książkę przypomniał niedawno krakowski Ośrodek Myśli Politycznej. Miało być lepiej, a wyszło jak zawsze, by posłużyć się stwierdzeniem pewnego rosyjskiego polityka.

Swoje decyzje Rada Trzech podejmowała w oparciu o nader wąskie przesłanki. Wiedza francuskich i anglosaskich polityków o terytorialnych i etnicznych zawiłościach Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej była niewielka. Hiszpańska Galicja myliła im się z Galicją polską, Śląsk z turecką Cylicją (ich nazwy - Silesia i Cilicia - w wymowie angielskiej brzmiały tak samo), Kurdowie z Turkami, a położenie geograficzne np. Dalmacji stanowiło zagadkę.

Arbitralne decyzje

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i we Francji oraz Wielkiej Brytanii jeszcze podczas wojny powstały odpowiednie państwowe instytucje, które miały przeprowadzić prace przygotowawcze do przyszłej konferencji pokojowej. Tworzyli je historycy, geografowie, etnografowie i inni eksperci przygotowujący opracowania, mapy i raporty. W ogromnej większości materiały te były fachowe i na dobrym poziomie, np. amerykańska komisja nawiązała współpracę z najwybitniejszymi geografami Europy Środkowo-Wschodniej. Tyle że politycy nie bardzo chcieli z nich korzystać.

Albo bowiem szybko się nudzili i nużyły ich narodowe zawiłości wschodnich czy południowych krańców Europy o nazwach trudnych do wymówienia, albo też od rozkładu etnicznego w terenie ważniejsze były dla nich kwestie polityczne. Tak np. było z postulatami granicznymi Polski obejmującymi tereny Rzeczypospolitej mniej więcej po II rozbiorze oraz Śląsk, Pomorze, część Warmii i Mazur. Zostały one pozytywnie ocenione przez stosowną komisję konferencyjną oraz dobrze przyjęte przez Francję. Jednak niechęć premiera Wielkiej Brytanii Davida Lloyd George’a do naszego kraju sprawiła, że zostały w sporej części odrzucone.

Tak opisał to w swojej książce Dillon: „[Polityk - przyp. PS] nie posiadając określonego kryterium dla oceny wartości wniosków komisji decydował o sprawach sam z zupełną bezwzględnością. I delegaci, nie posiadając sami kryterium, wygłaszali najbardziej arbitralne sądy w doniosłych sprawach”. Z drugiej strony usprawiedliwiał decydentów takimi oto argumentami: „Położenie delegatów było co najmniej nie do pozazdroszczenia i zasługiwali stanowczo na przyznanie im okoliczności łagodzących. Nawet geniusz nie może skutecznie opanować zadania, z którem jest mało obeznany, olbrzymia zaś ilość faktów, z którymi delegaci mieli do czynienia, trudną była do opanowania”.

Pokój i współpraca

Główną ideą przyświecającą prezydentowi Thomasowi Woodrowowi Wilsonowi była taka przebudowa świata, aby już nigdy nie zagroziła mu wojna. Środkiem do tego miało być stworzenie organizacji, w ramach której rozstrzyganoby spory i rozwijano współpracę międzypaństwową, i na której opierałby się system bezpieczeństwa. Jej członkowie gwarantowaliby sobie nawzajem niepodległość oraz granice, a w ich obronie mogłaby ona używać siły. Organizację tę nazwano Ligą Narodów.

„Dla prezydenta Wilsona Liga była magnum opus całego życia. Miało być koroną jego kariery politycznej to osiągnięcie celu, ku któremu przez wieki świadomie czy nieświadomie zwracało się wszystko, co było najlepszego w ludzkości” - pisze Dillon.

Część europejskich społeczeństw po hekatombie Wielkiej Wojny z nadzieją oczekiwała utworzenia takiej właśnie organizacji, zapobiegającej - niekiedy nawet siłą - zbrojnym konfliktom. Natomiast politycy obawiali się, że Liga odbierze im część władzy i możliwości działania. „Żaden z rządów poza USA nie przyjął go [pomysłu utworzenia Ligi - przyp. PS] chętnie, a delegaci dążyli do ustalenia takiego brzmienia statutu, które by nie wiązało ich szkodliwymi zasadami, ani nie przymuszało ich wyborców do uciążliwych ofiar” - pisze Dillon. „Lubię Ligę, ale w nią nie wierzę” - stwierdził Clemanceau.

Swój pomysł prezydent USA zaprezentował na początku obrad. Już na drugim plenarnym posiedzeniu konferencji 25 stycznia 1919 r. przyjęto rezolucję o utworzeniu Ligi Narodów. Ustalono, że będzie ona organizacją otwartą, a akces do niej mógł zgłosić każdy kraj, który zaakceptuje postanowienia zawarte w Pakcie Ligi. Pakt ten stał się pierwszą częścią układu pokojowego z Niemcami i wszedł w życie 10 stycznia 1920 r. wraz z całym traktatem wersalskim. Paradoksalnie - USA nie weszły do Ligi, bo Senat z większością republikańską nie ratyfikował traktatu…

Ukarać Niemcy!

Woodrow Wilson mówił o współpracy i solidarności, tymczasem dla Francji najważniejszym celem konferencji było ukaranie i osłabienie Niemiec. Do tego właśnie Paryż chciał też początkowo wykorzystać Ligę Narodów, proponując, by skupiała jedynie Francję, Wielką Brytanię oraz USA i zajmowała się nadzorowaniem Niemiec. Bo obezwładnienie przeciwnika stało się obsesją francuskich polityków. Clemenceau i jego współpracownicy chcieli tak osłabić Berlin, aby już nigdy nie stał się dla Francji politycznym lub militarnym zagrożeniem.

Stąd we francuskich propozycjach Niemcy miały zostać okrojone terytorialnie, rozbrojone i obłożone odszkodowaniami, a w wersji radykalnej ponownie rozdzielone na kilkanaście mniejszych państw. Marszałek Ferdynand Foch domagał się oderwania od Niemiec Nadrenii i wcielenia jej do Francji lub też uczynienia z niej osobnego państewka pozostającego pod protektoratem Paryża. Granica francusko-niemiecka miała przebiegać na Renie tworząc dla Francji strategiczne zabezpieczenie. Francja powinna zająć w Europie i świecie kierownicze stanowisko Niemiec i stworzyć związane ze sobą państwa Europy Wschodniej szachujące Berlin od tamtej strony.

Te daleko idące postulaty spotkały się z niechęcią, a potem otwartym sprzeciwem Wielkiej Brytanii. Londyn bowiem po zakończeniu wojny szybko wrócił do swojej tradycyjnej polityki utrzymywania równowagi na kontynencie. Żadne państwo nie powinno uzyskać zdecydowanej przewagi, a siły wszystkich powinny się równoważyć. Dlatego zbytnie pognębianie i terytorialne okrajanie Niemiec nie było dla Anglii pożądane, bo oznaczało wzrost pozycji Francji. Tak oto Londyn stał się podczas konferencji pokojowej adwokatem Berlina.

Chęć ukarania Niemiec była jednak wśród zwycięzców tak duża, że Anglikom nie udało się zablokować sankcji. Warunki przedstawione Niemcom były bardzo ciężkie. Przewidywały m.in. odebranie Rzeszy wszystkich kolonii i terytoriów zamorskich, zakaz tworzenia unii niemiecko-austriackiej, znaczące ograniczenia ilościowe i jakościowe sił zbrojnych, rozwiązanie sztabu generalnego i szkół oficerskich. Dochodził do tego obowiązek wypłacenia wielkich odszkodowań za wywołanie wojny, a także duże straty terytorialne na rzecz Francji, Belgii i Polski.

Trauma i upokorzenie

Warunki te wywołały w Niemczech szok. Tamtejsze społeczeństwo przyjęło je z niedowierzaniem. Przecież Niemcy wcale nie wywołały tej wojny i bynajmniej jej nie przegrały. Żadna część niemieckiego terytorium nie była okupowana, niemiecka armia na Zachodzie wprawdzie nie wygrała, ale wcale nie została rozbita. Niemieckie społeczeństwo od lewa do prawa zjednoczyło się w sprzeciwie wobec propozycji. Przez kraj przetoczyła się fala demonstracji, popularne stało się hasło „Lepiej być martwym niż być niewolnikiem!”, kolportowano mapy Niemiec z okrojonymi granicami.

Rząd przedstawił aliantom swoje, złagodzone, propozycje pokojowe, ale ci odrzucili je i zażądali bezwzględnego przyjęcia własnych. W przeciwnym razie zagrozili wznowieniem działań wojennych, tym razem z udziałem Czechosłowacji i Polski na wschodzie. W Niemczech rząd podał się dymisji, sformowano nowy i w atmosferze narodowej tragedii 23 czerwca 1919 r. Zgromadzenie Narodowe upoważniło go do podpisania traktatu. Informacja o tym została przekazana dwie godziny przed upływem terminu ultimatum.

Traktat nazywany traktatem wersalskim, podpisano 28 czerwca 1919 r. w Sali Lustrzanej Wersalu, tej samej, w której w styczniu 1871 r. Bismarck ogłosił powstanie zjednoczonych Niemiec. W życie wszedł 10 stycznia 1920 r. Na dwie następne dekady ukształtował Europę, zwłaszcza tę Południową i Środkowo-Wschodnią, gdzie usankcjonował powstanie nowych państw - Jugosławii, Czechosłowacji, Polski.

Zdaniem Emile’a Josepha Dillona - zdecydowanego krytyka paryskiej konferencji - zasiał też ziarno konfliktów, które antagonizowały państwa i narody. „Każdy rząd przystosowuje swą politykę do potrzeb przyszłej wojny, która jest uważana powszechnie za nieunikniony wynik pokoju wersalskiego” - pisał już w 1919 r.! Z kolei w Niemczech traktat wywołał traumę, poczucie głębokiego upokorzenia i chęć odwetu, na których w latach 20. i 30. wyrosła popularność Adolfa Hitlera. A ten, również pod hasłem rewanżu za traktat wersalski, rzeczywiście wywołał kolejną wojnę.

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.