Po(d)gląd na świat. Dyskrecja i uwodzenie

Czytaj dalej
Włodzimierz Jurasz

Po(d)gląd na świat. Dyskrecja i uwodzenie

Włodzimierz Jurasz

Lubię stare filmy. Nie tylko ze względu na coraz powszechniejszą przypadłość, która i mnie dopadła, czyli tzw. peseliozę. Po prostu, niekiedy bywają bardzo pouczające.

Na kanale Paramount Channel trafiłem, jak zwykle przypadkiem, na pochodzący z roku 1958 film „Niedyskrecja”, nakręcony przez Stanleya Donena („Deszczowa piosenka”, „Zabawna buzia”, „Saturn 3”), z Ingrid Bergman („Casablanka”, „Jesienna sonata”) i Cary Grantem („Małpia kuracja”, „Północ, północny zachód”). W dzisiejszych czasach określono by go mianem komedii romantycznej - rzecz traktuje o romansie dwojga dorosłych już ludzi po tzw. przejściach. Ona myśli o stabilizacji, on wręcz przeciwnie. Dlatego zachowuje się wobec wszystkich uwodzonych pań lojalnie, to znaczy uprzedza, że jest żonaty i nie może wziąć rozwodu. Pani robi sobie mimo wszystko niejakie nadzieje, nie wiedząc jednak, że ukochany mija się z prawdą. Jest kawalerem i nie zamierza swego stanu zmieniać, a kłamstwo od razu na wstępie eliminuje podboje grożące takim ryzykiem. Tytuł wyjaśnia jednak punkt zwrotny fabuły…

Film jak film, bardzo ciekawe są za to niecodzienne, jak na dzisiejsze czasy, realia. Pan zajmuje się profesjonalnie uwodzeniem pań, ale żadnej z nich nie przyjdzie nawet do głowy, by oskarżyć go o molestowanie (#metoo). Panie dbają o tzw. reputację (co to jest?), a panowie są dyskretni - gdyby tacy nie byli, nie tylko straciliby szansę na kolejne erotyczne sukcesy, ale i tzw. zdolność honorową, czyli zostaliby wykluczeni z dobrego towarzystwa (obowiązujące zasady opisuje chociażby „Polski kodeks honorowy” Władysława Boziewicza). Panie, którym zaloty (nawet ukochanego) w danym momencie wydają się niemiłe mają do dyspozycji cały arsenał środków, ze słynnym „ale mnie dziś boli głowa” i nawet przez myśl im nie przejdzie, by zawiadamiać prokuraturę, a później opowiadać wszystko w tabloidach, telewizji śniadaniowej czy plotkarskich portalach. I wszyscy są szczęśliwi, oczywiście poza tzw. rogaczami (ciekawe, czy takie pojęcie jeszcze dziś funkcjonuje?), a wzrost populacji nie wymaga stosowania zabiegów w rodzaju 500 Plus.

Ech, fajne to były czasy. A w każdym razie fajne było wtedy kino.

Włodzimierz Jurasz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.