O ile „Przekrój” był ideologiczny, to sam Eile nigdy się nie ześwinił

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Krystyny Olszewskiej
Katarzyna Kachel

O ile „Przekrój” był ideologiczny, to sam Eile nigdy się nie ześwinił

Katarzyna Kachel

Marian Eile był kimś w rodzaju nadzorcy politycznego, dobrze wiedział, co przejdzie, co nie i jakie są granice naginania rzeczywistości. Wolał poprawić sam, niżby miała to „uwalić” cenzura - mówi Tomasz Potkaj, autor książki „Przekrój” Eilego. Biografia całego tego zamieszania z uwzględnieniem psa Fafika.

W 1945 roku do ekipy „Przekroju” dołącza Stefan Kisielewski. Po znajomości dostaje pracę jako... korektor. To było tak elitarne pismo, że trzeba było wtyczki nawet na takie stanowisko?
Przez pierwszą dekadę na pewno. Każdy tam trafiał „z klucza” i był to głównie klucz towarzyski, czyli kto z kim pił wódkę. Pracę dostawali ci, których Eile znał, albo ci, którzy już u niego pracowali i podsuwali mu swoich kumpli. Z Kisielewskim było tak, że znał Mariana sprzed wojny, ale posadę zawdzięcza jeszcze innemu znajomemu. Nie marzył pewnie o poprawianiu literówek, ale przyjął ofertę, bo był to ostatni wakat. Zresztą, prócz korekt, oddawał Eilemu też swoje teksty.

No i z tym chyba był problem. Jak wspominał, współpraca z redaktorem naczelnym była trudna, bo ten drastycznie poprawiał teksty. Tak było?
Eile był redaktorem idealnym. Miał talent redaktorski, który pozwalał mu z tekstów przeciętnych robić teksty świetne, porywające! A że cięcia i zmiany bywały traktowane przez niektórych autorów niczym kastracja, a Eile niczym kat? - trudno! Eile zwykle wyrzucał początek i koniec, bo, jego zdaniem, były niepotrzebne, nudne i przegadane, a potem jeszcze cyzelował każde zdanie, każde słowo. Kisielewski, który miał ambicje literackie i był mocno przywiązany do tego, co napisał, nieraz nie odpuszczał, co kończyło się kłótniami i mniej lub bardziej ostrymi spięciami.

Eile wymagał absolutnej miłości do „Przekroju”, której Kisielewski ponoć nie miał?
Miłość miłością, a Kisielewski po prostu pragnął uprawiać zaangażowaną politycznie publicystykę, której Eile nie chciał. On swój magazyn wymyślił po prostu inaczej. Sądzę zresztą, że Kisielewski z wielką ulgą odszedł w końcu do „Tygodnika Powszechnego”, gdzie polecił go z kolei Czesław Miłosz i w którym wreszcie mógł pisać może nie tyle to, na co miał ochotę, ale przynajmniej to, co puściła cenzura. Ale mimo trudnych relacji Eile i Kisiel przez długie lata utrzymywali stosunki towarzyskie, wyjeżdżali nad morze do Jastarni i pili wódkę. I tak naprawdę jeden z najbardziej celnych portretów Eilego, który zamieściłem na początku książki, jest autorstwa Stefana. Nikt go tak trafnie nie rozgryzł.

Człek niesympatyczny, a uroczy…[/b]
...zbiór sprzeczności, synteza przeciwieństw. Człowiek osobiście małych potrzeb, a jednocześnie miłośnik rozmaitych snobizmów. Ponurak, a dowcipniś i tak dalej. Doskonała charakterystyka.

Czy zdanie Jerzego Borejszy, publicysty i wydawcy, który namaścił Eilego na stanowisko redaktora naczelnego: „Nic się pan nie bój, nie z takiego gówna ja redaktorów robiłem”, było skierowane właśnie do niego?
Nie, choć różnie mogło być. Mówię „nie”, choćby z tego powodu, że Borejsza bardzo szanował i cenił Eilego. Dobrze pamiętał swoje publikacje przedwojenne, które drukował w „Wiadomościach Literackich” za czasów, kiedy Marian Eile był sekretarzem redakcji; zresztą był święcie przekonany, że tylko dzięki Eilemu jego teksty nie trafiały do kosza. To o tyle ważne, że już przed wojną był działaczem komunistycznym, a ci raczej drukowali w komunistycznych gazetach, a nie w burżuazyjnych magazynach. Nie miał więc wątpliwości co do mianowania Eilego redaktorem naczelnym „Przekroju”. Co ciekawe, sam Eile zaprzeczał i nigdy nie przyznał się, że w jakiś sposób promował Borejszę.

Dlaczego Kraków?
Zbieg okoliczności wojennych. Tu była drukarnia, maszyny, specjaliści, tu powstawały redakcje kolejnych czasopism. Trzeba jednak pamiętać, że Kraków w życiu Eilego to nie tylko okres „Przekroju”. Stąd wywodziła się rodzina Mariana, porządna, bogata rodzina zasymilowanych Żydów, która na przełomie XIX/XX wieku miała sklep w Rynku Głównym. Nie byle co, prawda? Ojciec Mariana, Henryk, nigdy nie poświęcił temu miastu ani linijki, choć o innych miejscach pisał ochoczo. Wyjechał z Krakowa do Lwowa, a po pierwszej wojnie przeniósł się do Warszawy, gdzie spędził swoją młodość Marian. Dlatego powojenny powrót Eilego pod Wawel mógł być z jednej strony powrotem do korzeni, rodzinnej historii, z drugiej strony do jakiejś tajemnicy. Mam przeczucie, że rodzina Eile z Krakowa uciekała. Dlaczego dziadkowie Mariana nagle, będąc już po pięćdziesiątce, wyemigrowali do Ameryki i ślad po nich zaginął?

Marian Eile nie czuł się w Krakowie u siebie?
Na pewno się zadomowił, miał tu swoje miejsca, swoje szlaki, ale chyba do końca życia czuł się warszawiakiem. Chwalił się zresztą, że nigdy nie był nawet na Wawelu. Nie wiem, czy to prawda, bo przecież mieszkał przy ulicy Małej, z której na zamek miał zaledwie kilkaset metrów.

Miał wydawać pismo lekkie, żeby mogła je czytać inteligentna sprzątaczka i prymitywny minister. Pismo ideologiczne. Zdawał sobie z tego sprawę?[/b]
Oczywiście, zresztą cały ten magazyn miał w swojej głowie dobrze obmyślony. W czasie okupacji, pracując w różnych miejscach, ukrywając się, tworzył w swoim szkicowniku idealne pismo. I jest w tym coś absurdalnego, a może właśnie nie? Proszę sobie bowiem wyobrazić, że Marian Eile, osoba pochodzenia żydowskiego, z fałszywą tożsamością „na aryjskich papierach”, zamiast się bać, myśleć o tym, że w każdej chwili ktoś go może wsypać, wymyśla sobie pismo rozrywkowe. I kiedy, po wojnie, dociera do Borejszy, który daje mu glejt i wysyła do Krakowa, zaczyna z wielką energią to swoje marzenie realizować. Pewnie, że idzie na ustępstwa, bo komunistyczni nadzorcy prasy domagają się swoich serwitutów i publikacji, które są warunkiem ukazywania się „Przekroju”, ale i tak czuje się na swoim miejscu. Zresztą, muszę przyznać, że sam Eile nigdy nie napisał tekstu (a szukałem bardzo dokładnie), którego dziś mógłby się wstydzić. Pisali inni, pod pseudonimami, on to zatwierdzał i firmował, ale sam osobiście nigdy się nie ześwinił.

Ale Leopolda Tyrmanda wyrzucił za politycznie niepoprawną relację z meczu bokserskiego.
Eile miał taką ideę, że kiedy już kogoś zakupił, zaangażował, znajdował mu co rusz jakieś nowe zadania; a pojedź, zobacz, może tym się teraz zajmiesz? Tak więc Tyrmand pisał reportaże, wspomnienia wojenne, ale był też sprawozdawcą sportowym. Ostatnim, jak się okazało, jego dziennikarskim zadaniem, był mecz bokserski między Związkiem Radzieckim a Polską. Kiedy sędzia ocenił Polaka niesprawiedliwie, przyznając punkty zawodnikowi radzieckiemu, rozlegały się gwizdy, o czym Tyrmand nie omieszkał napisać. Miarka się przebrała, Eile musiał Tyrmanda wyrzucić.

Po latach się zemścił i napisał: Wstąpiłem do „Przekroju”, twierdzy cyników niewysokich lotów. Zarabiają grubą forsę w służbie komunistycznej propagandy. Czuł się pokrzywdzony?
Na pewno, choć po latach nie ukrywał, że wyrzuceniem z „Przekroju” Eile mu zrobił przysługę. To był rok 1951, i najpodlejszy czas, także dla „Przekroju”. Cieszył się, że nie brał w tym udziału.

Z polecenia do „Przekroju” trafił Waldorff, Mrożek, Nałkowska. Bywali tacy, którzy przyszli z ulicy?
Taki Aleksander Ziemny na przykład. Szesnastolatek, który wrócił do Polski w mundurze oficera I Armii Wojska Polskiego i pisał wiersze. W Krakowie szukał jakiegoś zajęcia i zobaczył tabliczkę z napisem „Przekrój”. Waldorff, na którego się natknął, skierował młodego do szefa, który zapytał jak wszystkich: Co pan umie? Kiedy usłyszał od Ziemnego: „zgoła nic”, wyraźnie poczuł do niego sympatię. To kapitalnie, rzekł, bo przychodzą tu tłumy ludzi, którzy potrafią wszystko, a potem ich muszę zwalniać. Po roku Ziemny dostał etat i pisał recenzje książkowe.

Jak było z tą „grubą forsą”? Córka Lengrena, twórcy słynnego Filutka, żaliła się, że ojciec dostawał za rysunki grosze.
60 złotych, ale po buncie, kiedy dwa razy nie przesłał do redakcji rysunku, wywalczył podwyżkę. Też nie spektakularną. Prawda jest jednak taka, że Lengren nigdy nie miał etatu, a stawki dla współpracowników były marne. Warto tutaj podkreślić, że Tyrmand, pisząc w 1954 roku o tych wielkich pieniądzach, niemalże głodował, nie chciała go zatrudnić żadna redakcja, tak więc pieniądze, które zarabiał w „Przekroju”, świetnie wówczas prosperującym, były wręcz burżujską zapłatą. Redaktorzy narzekali, że zarabiają grosze, ale „Przekrój” otwierał im za to wiele innych drzwi. Ludwik Jerzy Kern (pseudonim Wujcio Fistaszek), który miał etat blisko 50 lat, pierwszy samochód kupił nie za wierszówkę, ale za tekst piosenki „Cicha woda”. Wojciech Plewiński, podobnie. Twierdził, że z tego, co zarabia w tygodniku, by nie wyżył, ale dzięki tej pracy miał możliwość wyjazdów, pracy w wielu teatrach czy robienia wystaw. To było dobre miejsce dla ludzi, którzy nie bali się wyzwań.

Zofia Nałkowska też narzekała, że Eile jej mało płaci.
Bo chciała za wierszówkę kupić sobie futro i jakoś nie starczyło. Nawet po podwyżce. Eile nie tylko, że jej kiepsko płacił, to na dodatek odrzucał jej teksty. Bywał redaktorskim potworem i jeśli Nałkowska przysłała mu tekst, który mu się nie podobał, to go nie drukował. Na prośby Waldorffa: No co ty, Marian, to jest wielkie nazwisko, ona nam reklamę zrobi, niezmiennie odpowiadał: Zrobi, jak napisze coś lepszego.

Gałczyński miał zostać recenzentem filmowym. Czyj to był pomysł?
To mógł być chytry plan Eilego albo Janiny Ipohorskiej, jego prawej ręki i długoletniej partnerki. Raz nawet z Konstantym poszła do kina, co skończyło się katastrofą, bo nie dość, że zasnął, to jeszcze zaczął głośno chrapać. Drugi raz poszedł sam i skończyło się jeszcze gorzej, bo do kina w ogóle nie wszedł, a recenzję napisał na podstawie fotosów. Zatrudnianie Gałczyńskiego do czegokolwiek innego niż pisanie wierszy wiązało się zawsze z jakimś niepowodzeniem, dlatego też nigdy nie dostał w „Przekroju” etatu. Było to natomiast pierwsze miejsce jego publikacji, z którym był mocno związany.

Jak wybaczał Eilemu poprawianie wierszy tak, by spełniały warunki propagandy?
Eile był kimś w rodzaju nadzorcy politycznego, dobrze wiedział, co przejdzie, co nie i jakie są granice naginania rzeczywistości. Wolał więc poprawić sam, niżby miała to „uwalić” cenzura. Raz zmieniał słowo, innym razem wymowę tekstu. Gałczyński czasem przechodził nad tymi manipulacjami do porządku dziennego, zdarzało się jednak, że w niewybrednych słowach rugał w listach Eilego. Ale przyjaźń przetrwała do śmierci poety.

Eile kochał mistyfikacje, wymyślał innym pseudonimy. To była tylko zabawa?
Nie tylko innym, sam przecież podpisywał się nazwiskami Bracia Rojek, Salami Kożerski czy Krecia Pataczkówna. Uwielbiał je. Janinie Ipohorskiej nadał pseudonim Jan Kamyczek, pod którym funkcjonowała przez całe życie i nigdy inaczej nie sygnowała tekstu. Myślę, że te mistyfikacje były informacją: nie traktujcie tego wszystkiego tak poważnie, na serio, bo to jest tylko rozrywka, a nie prawdziwe życie.

Niby tak, ale szklane blaty jego stołu co jakiś czas były wymieniane.[/b]
Bo to był choleryk, nerwus, krew nie woda. Często irytował się, że nikt w redakcji nie pracuje i wszystko jest na jego głowie. Wtedy walił pięścią w szklany stół, co kończyło się różnie. Problem w tym, iż uważał, że nikt by lepiej poza nim tego nie zrobił. Przesiadywał w redakcji całe dnie, miał tam swoje kapcie, koszule, czuł się jak w domu.

A w knajpach?
Też. W tamtym czasie na kawę chodziło się do Lili przy Grodzkiej 1, potem do Feniksa czy Warszawianki. Raz wziął do Gospody Aktorskiej Fafika i skończyło się kiepsko, bo pies pogonił tancerkę. Mieli swoje stoliki, przy których pili wódkę i planowali numery. Redakcja „Przekroju” przełomu lat 40/50 była najbardziej zżyta. Razem pracowali, odwiedzali się, potem się te rodzinne więzi skończyły. W drugiej połowie lat 50. Eile był już dla nowych osób szefem, nigdy nie zostały dopuszczone do ścisłego zakonu. Pewnie także ze względów generacyjnych.

Jerzy Giedroyc nazwał „Przekrój” pismem ze słabą reputacją moralną. Co miał na myśli?
Pewnie „Przekrój” z przełomu lat 40/50, kiedy tygodnik relacjonował procesy przed sądami wojskowymi, akcje propagandowe władzy, w sposób jednoznaczny popierał ustrój. „Przekrój” nie przeszedł przez komunizm suchą nogą, jak sugerowała Agnieszka Osiecka. Był bardzo zaangażowany w komunistyczną propagandę i mocno się w tym czasie ubrudził. Jak się przegląda kolejne numery magazynu, to gdzieś na przełomie 54/55 roku widać, że coś się zmienia. Na dwa lata przed październikiem czuć już odwilż.

Bolesław Bierut faktycznie był stałym i pilnym czytelnikiem „Przekroju”?
Nie sądzę, bardziej Józef Cyrankiewicz, krakowski inteligent, z którym Eile się przyjaźnił. Zawsze mu łatwiej było rozmawiać z takimi ludźmi niż z partyjnymi aparatczykami. A i Cyrankiewicz też miał do Eilego jakąś słabość i to nie tylko dlatego, że na okładkach pisma lądowała jego przyszła żona, aktorka Nina Andrycz. Tak więc w sytuacjach granicznych, kiedy chciano mu narzucić nadzorcę politycznego, często z pomocy premiera korzystał.

Plewińskiego wprowadziła do „Przekroju” projektantka mody Barbara Hoff. To ona rozkręciła dział mody?
Mecenasowa Rylska, czyli Janina Ipohorska, do połowy lat 50. pisała o modzie. Ale, faktycznie, wraz z przyjściem Barbary Hoff, zmieniło się podejście do pisania na jej temat. To już nie były porady, w co się ubrać w czasach, kiedy w sklepach nic nie było, to była prawdziwa filozofia mody. Wtedy też zaczął się okres „kociaków”, a na okładki zaczęły trafiać młode, ładne dziewczyny, między innymi Anna Dymna i Beata Tyszkiewicz. Wojciech Plewiński jeździł swoim samochodem i szukał tych twarzy na ulicach, uczelniach czy w akademikach.

Eile mawiał, że szczęście mężczyźnie mogą dać: kobieta, praca lub samochód. Najlepszą z nich jest jednak pies. Ale Fafik to chyba nie tylko pies?
Nie, to postać kultowa. Pies, z którego Eile zrobił celebrytę, którym sam nie chciał nigdy być. Nie lubił stać w pierwszym szeregu, wypinać się, podczas gdy Fafik trafił na okładkę przynajmniej trzy razy. W Warszawie ten fałszywy irlandzki terier ma swój placyk, tak jak w Krakowie swój skwerek ma Eile. Nie mogę do dziś pojąć, dlaczego Eile nie doczekał się swojej ulicy, a radni miejscy uchwalili jego imieniem podrzędny skwerek, o którym pewnie nikt nawet w Krakowie nie słyszał.

Pisze Pan, że ten skwerek to taki kompromis, jakim był i „Przekrój”.
No zgoda, ale żal pozostał.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.