Nowa[ja] Gazeta. Lista śmierci

Czytaj dalej
Marcin Mamoń

Nowa[ja] Gazeta. Lista śmierci

Marcin Mamoń

Uważam, że jest to nagroda dla moich ukochanych przyjaciół i kolegów, którzy zginęli - dla Anny Politkowskiej, Jurija Szczekoczichina, Igora Dominikowa - powiedział redaktor naczelny moskiewskiej Nowej Gazety Dmitrij Muratow na wieść, że otrzymał wraz z Marią Ressą, filipińską dziennikarką pokojową nagrodę Nobla. Muratow wymienił najbardziej znane nazwiska swoich dziennikarzy zamordowanych najprawdopodobniej na zlecenie Kremla. Do tej listy trzeba dopisać kolejne nazwiska: Wiktora Popkowa, Anastazji Baburowej i Natalii Estamirowej.

Kim byli, a przede wszystkim w jakich okolicznościach i dlaczego zginęli dziennikarze Nowej Gazety. Zamordowano ich, bo, „od momentu powstania w 1993 roku, Nowa[ja] Gazieta publikowała krytyczne artykuły na temat przemocy policji, korupcji i użycia sił zbrojnych w Rosji”. To opinia szefowej Norweskiego Komitetu Noblowskiego Berit Reiss-Andersen. Zamordowano ich, bo demaskowali tzw. system Putina. A ten z kolei, wg Gari Kaparowa, znanego szachisty i działacza opozycyjnego w Rosji to mechanizm, w którym „prezydent Rosji gra rolę mafijnego przywódcy, swoistego cappo d tutti capi równoważącego interesy różnych grup, żyjących kosztem rosyjskiego budżetu.”

Przedawnienie zamiast procesu

Zdjęcia zamordowanych dziennikarzy wiszą dzisiaj w holu siedziby redakcji Nowej Gazety w Moskwie. Pierwszy do tej ponurej galerii trafił Igor Domnikow. Miał zaledwie 42 lata, gdy zatłuczono go na ulicy. Był pierwszym dziennikarzem zamordowanym po objęciu władzy w Rosji przez Władimira Putina.

12 maja 2000 r. Przed blokiem, gdzie mieszkał zaatakowało go kilku mężczyzn. Jeden z nich uderzył go w głowę ciężkim przedmiotem, prawdopodobnie młotkiem. Domnikow trafił do szpitala nieprzytomny z obrażeniami czaszki i mózgu. Zmarł dwa i pół miesiąca później w moskiewskim Instytucie Neurochirurgii Burdenki.

Początkowo wydawało się, że zabójcy pomylili Domnikowa z mieszkającym w tym samym bloku innym dziennikarzem śledczym Nowej Gazety - Olegem Sułtanowem który pisał o korupcji w sektorze naftowym narażając się w ten sposób kontrolującej biznes energetyczny Federalnej Służbie Bezpieczeństwa. Zabójców Domnikowa należących do znanego gangu przestępczego wkrótce ujęto. W 2007 pięciu z nich dostało wyroki od 18 lat do dożywocia. Mieli na sumieniu nie tylko Domnikowa ale również inne przestępstwa. Było jasne, że dostali zlecenie na dziennikarza.

Ten zajmował się w Nowej Gazecie specjalnym projektem dotyczącym korupcji w biznesie. W ciągu niespełna roku przed atakiem zdążył opublikować pięć tekstów demaskujących korupcyjne powiązania byłego wicegubernatora obwodu lipieckiego (na płn. Od Woroneża) - Siergieja Dorowskiego.

Dopiero 15 lat po śmierci Domnikowa, Siergiej Dorowski został oskarżony o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Nowej Gazety. Miał według prokuratury prosić swojego wspólnika Pawła Sopota o „zaopiekowanie się” Domnikowem po tym, jak dziennikarz na podstawie otrzymanych dokumentów zarzucił władzom obwodu nepotyzm, korupcję a nawet chronienie przestępców i utrudnianie właściwym organom prowadzenia przeciwko nim działań operacyjnych. Sopot miał przekazać „prośbę” wspólnika dalej do Eduarda Tagirjanowa, bossa gangu, którego ludzie wykonali wyrok.

13 maja 2015 roku moskiewski sąd zamknął sprawę przeciw Dorowskiemu. Uznał, że 12 maja dokładnie 15 lat po zabójstwie sprawa się przedawniła. Rodzina dziennikarza może szukać sprawiedliwości przed sądem cywilnym, ale szanse, że ją tam znajdzie są bliskie zeru.

Egzekucja

„Witja próbował powstrzymać lub odwrócić przemoc i pomóc niewinnym ofiarom…. Chrześcijanin, który z wielką odwagą pomagał ludziom bez względu na wyznanie i dawał przykład wszystkim wierzącym, ukazując poprzez swoje uczynki, że Bóg jest miłością” - napisał po jego śmierci jeden z liderów Memoriału, najważniejszej w Rosji organizacji zajmującej się prawami człowieka.

Wiosną 2001 roku wojna w Czeczenii weszła w decydującą fazę. Wiktor Popkow, który łączył działalność na rzecz praw człowieka z pracą dziennikarską dla Nowej Gazety pojechał na miejsce razem z lekarką Rozą Muzarową. Odwiedzali bombardowane przez Rosjan, odcięte od świata górskie wioski. Pomagali potrzebującym, głównie dzieciom.

Wieczorem 17 kwietnia przybyli do wioski Ałchan-Kała. Przenocowali w domu należącym do matki Rozy. Następnego dnia chcieli się dostać do Groznego, a właściwie ruin jakie zostały po kwitnącym kiedyś mieście. Gdy wyjeżdżali z wioski, zajechała im drogę biała Łada -Żyguli nazywana potocznie „szestiorką”. Gdy się zatrzymali, kierowca łady wyciągnął kałasznikowa i wpakował w nich całą serię z bardzo bliskiej odległości.

Popkow został ciężko ranny w głowę, szyję, prawą rękę i nogę. Roza Muzarowa dostała w brzuch: kula uszkodziła jej wątrobę, inna zmiażdżyła rękę. Ranny został też ich kierowca. Do zamachu doszło blisko tzw. blok postu, czyli punktu kontrolnego wojsk rosyjskich. Najemni żołnierze tzw. „kontratnicy” zamiast pomóc rannym i jak najszybciej zabrać ich do szpitala przez godzinę sprawdzali im dokumenty. Białą Ładę przepuścili bez żadnych problemów.

Popkow trafił w końcu do szpitala w Groznym. Stracił jednak wiele krwi i jego stan był beznadziejny. Zapadł w śpiączkę. Przewieziono go do Moskwy. Zmarł 2 czerwca 2001 nie odzyskawszy przytomności. Wiktor był człowiekiem religijnym - staroobrzędowcem. Od 1989 roku pracował w różnych zapalnych punktach byłego ZSRS. Pisanie nie było dla niego najważniejsze. Działał na rzecz pokoju. Pomagał w uwalnianiu więźniów i jeńców. Cywilom cierpiącym w czasie wojny najbardziej dowoził żywność, lekarstwa wszystko to, co pozwalało im przetrwać.

W listopadzie 1999 roku w proteście przeciw wznowieniu przez Rosję działań wojennych Czeczenii rozpoczął 40-dniowy strajk głodowy, ale nikt na Kremlu nie zamierzał się tym przejmować. Gdy zginął miał 54 lata. Zostawił żonę i dwie córki.

Trucizna z Łubianki

Jurij Szczekoczichin zmarł nagle 3 lipca 2003 roku po tajemniczej 16-dniowej chorobie z powodu alergicznego zespołu Lyella brzmiał komunikat. Leczono go w moskiewskim Centralnym Szpitalu Klinicznym. Tam też wykonano sekcję zwłok.

Szpital znajdował się pod szczególną „opieką” Rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), ponieważ leczy się tam najwyższych rangą rosyjskich urzędników. Krewnym Szczekoczichina odmówiono wydania oficjalnego raportu medycznego dotyczącego przebiegu i przyczyn jego choroby. Nie pozwolono też pobrać próbek jego tkanek koniecznych do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia. Wszystko wskazywało na to, że dziennikarz został otruty, możliwe, że przy użyciu trucizn, które uśmierciły niepokornego oficera FSB Aleksandra Litwinienkę w Londynie (2006), i omal nie zabiły pracującego dla Anglików byłego agenta GRU Siergieja Skripala (2018) czy rosyjskiego opozycjonistę Aleksandra Nawalnego (2021). Ślady trucicieli prowadzą na ulicę Łubianka w Moskwie, gdzie mieści się siedziba FSB (kiedyś KGB).

I dlatego, choć oficjalnie przyczyną zgonu była „bardzo rzadka” alergia, jego rodzina i byli koledzy twierdzą, że Szczekoczichin został zamordowany i miało to związek z jego dziennikarskim śledztwem w sprawie korupcji związanej z firmą „Trzy wieloryby”.

Źródłem kłopotów Szczekoczichina był artykuł, który opublikował na początku 2002 roku w „Nowej Gazecie”, gdzie pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Dziennikarz oskarżył wysokich urzędników z Prokuratury Generalnej o próbę zablokowania śledztwa w sprawie związanej ze sklepami meblowymi – „Three Whales” (3 wieloryby) i Grand kontrolowanych przez wysokiej rangi oficerów ze ścisłego kierownictwa Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Zamiast handlować meblami m.in. szmuglowano broń, ropę, a także prano brudne pieniądze na dużą skalę. Powiązani z trzema wielorybami urzędnicy z tzw. struktur siłowych w Rosji za pośrednictwem m.in. Bank of New York prowadzili nielegalne transakcje finansowe warte miliony dolarów. Gdy sprawa trafiła do prokuratury natychmiast ukręcono jej łeb.

Dochodzenie wstrzymano a dokumenty ze śledztwa skonfiskowano. Sumienni śledczy przechytrzyli jednak prokuraturę. Udało im się nagrać rozmowy telefoniczne pomiędzy właścicielem Trzech Wielorybów a wysokimi rangą oficerami FSB. Wynikało z nich, że za wstrzymanie śledztwa, urzędnicy z Biura Prokuratora Generalnego zgarnęli 2 miliony dolarów. O aferze zrobiło się głośno dopiero, kiedy opisał ją w Nowej Gazecie Jurij Szczekoczichin. Dziennikarz domagał się interwencji w tej sprawie samego prezydenta Putina.

Miesiąc po publikacji artykułu, gdzie Szczekoczichin napisał wprost: „Nie opowiadajcie mi bajek o niezależności sędziów. Dopóki nie zobaczymy tu uczciwego procesu, dokumenty będą znikały, świadkowie [będą] zastraszani lub zabijani, a śledczy sami staną się oskarżonymi” – dziennikarz był martwy.

Urodzinowy prezent Putina.

„Tylko prawda” To tytuł jednego ze zbioru jej reportaży, bo Politkowskiej zawsze chodziło o to samo - o prawdę. Spotkałem ją w redakcji Nowej Gazety wiosną 2003 roku. Akurat tego dnia Nowa[ja] Gazieta opublikowała artykuł o czymś co miało wywołać trzęsienie ziemi na rosyjskiej scenie politycznej. Na pierwszej stronie gazety duzymi literami napisano: “JEDEN Z CZŁONKÓW GRUPY TERRORYSTYCZNEJ, KTÓRA DOKONAŁA ZAMACHU NA WIDZÓW MUSICALU NORD-OST, PRZEŻYŁ: ZNALEŹLIŚMY GO.” Gazeta opublikowała wywiad z Chanpaszą Terkibajewem, który nie krył, że pomógł przedostać się bojownikom czeczeńskim do Moskwy a potem do samego teatru, gdzie Czeczeni wzięli kilkuset zakładników. Zrobił to w porozumieniu z Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Opuścił budynek tuż przed szturmem, w którym zginęło 129 zakładników - jak się wkrótce okazało - otrutych gazem bojowym użytym przez rosyjskich komandosów.

Anna mówiła mi tamtego dna, że wciąż jest bardzo naiwna, bo spodziewała się gigantycznej afery w dnu publikacji tekstu, skandalu, może nawet dymisji w rządzie, czy na Łubiance. Kiedy rozmawialiśmy siedząc w jednym z ciasnych boksów redakcji Nowej Gazety było już popołudnie i zamiast medialnego szumu, urywających się telefonów w redakcji panowała niemal grobowa cisza. Dziennikarka mówiła o tym wszystkim z pewnym smutkiem, ale nie sprawiała wrażenia osoby bezradnej i pogodzonej z losem. Mogłaby raczej powiedzieć, jak były premier Rosji Wiktora Czernomyrdina. „Chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze.”

Anna Politkowska urodziła się w Nowym Jorku w rodzinie sowieckich dyplomatów ukraińskiego pochodzenia. Przyjechała do Moskwy dopiero w 1975 roku. Poszła na studia dziennikarskie choć pracę dyplomową poświęciła wybitnej rosyjskiej poetce Marinie Cwietajewej. Potem pracowała w kilku gazetach, ale punktem zwrotnym w jej pracy dziennikarskiej okazał się wyjazd na wojnę do Czeczenii skąd przesyłała korespondencje dla Nowej Gazety.

Stałym i negatywnym bohaterem jej reportaży i książek był Władimir Putin oraz system władzy który on autoryzował.

Zastrzelono ją w windzie, gdy wracała z zakupami do domu. Miała dopiero 48 lat. Mordercy wybrali na dzień egzekucji 7 października 2005 roku, dzień urodzin Władimira Putina.

Zabłąkana kula

20 stycznia 2009 r. przedstawiciele 40 organizacji praw człowieka z całego świata wysłało list do prezydenta Władimira Putina. Zaczynał się on od słów: Zdecydowanie potępiamy zabójstwo wybitnego obrońcy praw człowieka i prawnika Stanisława Markełowa oraz dziennikarki Anastazji Baburowej. Uważamy to za sprawę polityczną i wzywamy władze rosyjskie do przeprowadzenia natychmiastowego, dokładnego i bezstronnego śledztwa w sprawie tego i wszystkich innych morderstw politycznych w kraju.” Co ciekawe ten jedyny raz śledztwo przeprowadzono a winnych skazano. Może dlatego że mordercy nie mieli wyraźnych związków z systemem Putina.

Oboje zginęli 19 stycznia w centrum Moskwy zaraz po konferencji prasowej zwołanej przez Markełowa, na której odważny adwokat ogłosił, że złoży odwołanie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przeciwko przedterminowemu zwolnieniu z więzienia pułkownika rosyjskiej armii Juruja Budanowa. Satnisław Markełow był wówczas pełnomocnikiem rodziny Chedy Kungajewej - młodej Czeczenki, uprowadzonej, zgwałconej i uduszonej w marcu 2000 roku.

Czeczeni wiedzieli kto zamordował a co jeszcze gorsze zhańbił dziewczynę. Jurij Budanow, były pułkownik rosyjski przyznał się w końcu do jej zabicia za co został skazany na zaledwie 10 lat więzienia. Dla żołnierzy, rosyjskich patriotów kochających swojego przywódcę Budanow był bohaterem. Wyszedł na wolność po 6 latach. W 2001 roku rozmawiałem z Wisą - ojcem Hedy w jego domu, który musiał zmieścić się w brezentowym namiocie dla uchodźców z wymalowanym białym logo UNHCR. Stał w błocie, wśród setek innych na gołym stepie w sąsiadującej z Czeczenią Inguszetii. Zapamiętałem jego oczy i pewność jaką mówił, że Bóg wymierzy oprawcy jego cówrki sprawiedliwość.

Straciłem z nim kontakt. Nie wiem, czy żyje, choć ktoś mi kiedyś mówił, że dostał azyl w Norwegii. Właściwie mógł już odejść, bo to na co czekał w życiu doczesnym dokonało się. Budanow został zastrzelony w centrum Moskwy w czerwcu 2011 roku. Zabójcy trafili go sześciokrotnie w głowę. Nie było wątpliwości, że była to zemsta. Gdy zabójca zmarł w roasyjskiej kolonii karnej na jego pogrzeb w Czeczeenii przybyły tłumy.

Dwa lata wcześniej kule killera dosięgły nie tylko Merkełowa ale też Azanstazję Baburową, młodą, ledwie 25letnią dziennikarkę. Zginęła na miejscu, zupełnie przypadkowo. Celem jak się okazało w śledztwie był wyłącznie adwokat Kungajewów.

Mieli ich zastrzelić nienawidzący „czarnych” z Kaukazu, tolerowani do dzisiaj w Rosji neonaziści. W 2011 roku rosyjski sąd skazał Nikitę Tichonowa na dożywocie za morderstwo, a jego dziewczynę Jewgieniję Chasis na 18 lat więzienia za pomoc w jego przygotowaniu.

Zbrodnia bez kary

6 tygodni temu - 31 sierpnia 2021 Europejski Trybunał Praw Człowieka zarzucił rosyjskiemu rządowi, że nie przeprowadził śledztwa w sprawie uprowadzenia i zabójstwa Natalii Estemirowej. Sąd przyznał jednocześnie krewnym zamordowanej 20 000 euro odszkodowania. Zabójstwo Natalii Estemirowej do dzisiaj pozostaje symbolem brutalności rosyjskich/kadyrowskich służb bezpieczeństwa, które wobec islamskich powstańców na Kaukazie stosują przemoc, terror, tortury a ich rodziny poddają zbiorowej odpowiedzialności.

Estemirowa „zginęła dokładnie tak, jak ludzie, którym próbowała pomóc. Stała się bohaterką jednej z jej własnych historii, które opowiadała od lat” – tak mówi dzisiaj Tania Lokszina, dziennikarka i szefowa programu Rosja realizowanego przez organizację Human Rights Watch. „Myślałam o tym przez wiele lat i teraz myślę o tym, co czuła, kiedy została wciągnięta do tego samochodu i zarzucono jej worek na głowę” – dodaje ze smutkiem.

Tania pamięta, jak dziesięć lat temu spacerowała po bulwarze w centrum Moskwy, kiedy zadzwonił telefon. Było lato i piękna pogoda a Tania wróciła właśnie z tygodniowej podróży do Czeczenii wypełnionej opowieściami o torturach, zabójstwach, podpaleniach, cierpieniu. „Natasza zniknęła”, powiedział głos w słuchawce. Jak się później okazało funkcjonariusze bezpieczeństwa wciągnęli ją do samochodu, kiedy tylko wyszła ze swojego domu w stolicy Czeczenii Groznym. Sąsiedzi widzieli wszystko. Słyszeli jej krzyk: „Porwanli mnie!”.

Była 8.30 rano. Samochód z piskiem opon ruszył w kierunku sąsiedniej republiki Inguszetii. Dwie godziny później Estemirowa już nie żyła. W drodze do niewiadomego punktu przeznaczenia porywacze natknęli się na kolumną wojsk wewnętrznych, którą zaatakowali islamscy bojownicy. Porywacze prawdopodobnie wpadli w panikę. Zatrzymali samochód, wypchnęli związaną kobiete z samochodu a potem strzelili jej pięć razy w głowę i klatkę piersiową. Ciało Nataszy znaleziono tego samego dnia.

Przez wiele lat Estamirowa informowała organizacje praw człowieka, media tzw. wymuszonych zaginięciach i pozasądowych egzekucjach w Czeczenii dokonywanych przez armię rosyjską i siły bezpieczeństwa a później przez członków prywatnej armii prezydenta Czeczeni Ramzana Kadyrowa, który dostał od Kremla wolną rękę na bezwzględne zwalczanie wszelkiego sprzeciwu na Kaukazie.

Natasza umarła tak, jak ci, których historie dokumentowała, wierząc, że kiedyś świat się o nich upomni o ofiary zbrodniczych rządów Kadyrowa w Czeczenii. Europejski Trybunał upomniał się właśnie o Nataszę. Wycenił jej poświęcenie odwagę, a w końcu straszną śmierć na 20 tysięcy euro odszkodowania dla krewnych. Estemirowa była ostatnią działaczką na rzecz praw człowieka w Rosji z takim autorytetem i międzynarodową renomą. Przyjaźniła się, współpracowała z Anną Politkowską. Były rówieśniczkami Natasza przeżyła Annę zaledwie o trzy lata.

System Putina wciąż żyje.

Marcin Mamoń

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.