Nie wstydził się głośno mówić, że jest patriotą. Wchodził na szczyty, by rozsławiać Polskę. Taki był właśnie Lider

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Fundacji Andrzeja Zawady
Majka Lisińska-Kozioł

Nie wstydził się głośno mówić, że jest patriotą. Wchodził na szczyty, by rozsławiać Polskę. Taki był właśnie Lider

Majka Lisińska-Kozioł

Był człowiekiem od zadań specjalnych, który udowodnił, że alpinizm może być grą zespołową. Potrafił zapomnieć o własnych ambicjach - mówi Ewa Matuszewska, autorka książki o Andrzeju Zawadzie. - Do tego urodzony gawędziarz i dyplomata. Dziewczyny go uwielbiały

- Dobrze Pani znała Andrzeja Zawadę?

- Nie bardzo. Nie był nawet moim dobrym znajomym. Zaledwie parę razy udało mi się z nim porozmawiać, ale każda z tych rozmów poszerzała moją wiedzę o alpinizmie. I o nim. Zawada potrafił zajmująco opowiadać. To było cenne, bo wcześniej w górach wysokich interesowały mnie głównie panie, poprzez przyjaźń z Wandą Rutkiewicz. Zresztą pisząc „Lidera”, często myślałam o Wandzie. Oboje z Zawadą byli najbardziej znanymi na świecie polskimi himalaistami, jednak z zupełnie odmiennych powodów. Wanda zaginęła, próbując zdobyć swój dziewiąty ośmiotysięcznik w Koronie Himalajów, Andrzej Zawada odszedł po pięćdziesięciu latach działalności górskiej, której efektem było jedenaście wypraw wysokogórskich i trzy naukowe.

- Sam nie zdobywał ośmiotysięczników, ale stwarzał szansę innym.

- Nie podważając opinii, że alpinizm jest sportem indywidualistów, udowodnił, że może też być grą zespołową. Wanda też wielokrotnie powtarzała, że dla niej w górach liczy się wspólnota działań, ale zdarzało się, że własne ambicje kazały jej zapominać o innych. Dla Zawady zawsze liczył się sukces zespołu.

- Jak ocenia Pani Lidera z perspektywy 17 lat od jego śmierci.

- Był człowiekiem do zadań specjalnych, doskonałym gawędziarzem, ale też dyplomatą; potrafił załatwić niemal wszystko, co dotyczyło zezwoleń, dokumentów, dotacji dla wypraw, którymi kierował. Za to zwyczajne zadania, takie jak rozliczanie delegacji lub dotacji, zostawiał innym - zbyt były przyziemne.

- Pociągało go ryzyko.

- Pewnie miał to po dziadku. Tomasz Rawicz-Zawada jako dziewiętnastoletni gimnazjalista dowiedział się, że w zaborze rosyjskim wybuchło powstanie styczniowe. Ze Lwowa przekradł się przez granicę i walczył o niepodległość Polski.

- Za to po ojcu odziedziczył zdolności dyplomatyczne?

- Tak podejrzewał. Przydawały mu się w negocjacjach z najróżniejszymi władzami, w staraniach o pieniądze i zgody na wyprawy. Opowiadał, ile zachodu wymagało choćby przekonanie władz Nepalu, by udzieliły polskim alpinistom zezwolenia na zdobycie Mount Everestu zimą… Wysoki, przystojny. Nienagannie ubrany. Na wyprawę zawsze zabierał marynarkę, na wypadek, gdyby musiał coś załatwiać, gdzieś się oficjalnie pokazać.

Na imprezach towarzyskich pierwszy wchodził na parkiet, ostatni z niego schodził. Wyrzucał młodym, że stoją po kątach, a on, starszy od nich, musi obtańcowywać dziewczyny. Zresztą robił to z przyjemnością.

- Kiedy pierwszy raz zainteresowały go góry?

- Podobno gdy miał dziesięć lat. Mieszkał wtedy w Rabce i jeden z letników z pensjonatu matki zabrał go na wycieczkę do Zakopanego. Pojechali rolls-royce’em. Zawada był zachwycony i autem, i kolejką na Kasprowy Wierch. Ale w serce zapadły mu góry. Podczas okupacji niemieckiej nie wolno było Polakom jeździć do Zakopanego i chodzić po Tatrach. Nie przejmował się tymi zakazami.

- Po latach wyprawy pod wodzą Andrzeja Zawady osiągały największe sukcesy.

- Mówiło się, że 50 procent powodzenia ekspedycji to odpowiedni skład. A on potrafił dobrać ludzi, inspirować ich, motywować do walki. Umiał skupić wspinaczy nie tylko wokół własnych marzeń, ale też zespołowego celu, jakim jest szczyt. Nie każdy to potrafi, ma charyzmę. I Andrzej ją miał, stąd jego przydomek Lider.

- Pozostał Liderem do końca życia.

- Był autorytetem, choć sam nie zdobywał ośmiotysięczników. Wystarczy policzyć, ilu wspaniałych himalaistów wyszło spod jego ręki, ilu osiągnęło wielkie sukcesy. No i był na swój sposób podobny do Wandy; elegancko ubrany, swobodnie poruszający się w świecie, mający znakomite kontakty. Oboje umieli oswajać świat biznesu i wytyczać cele w górach wysokich. Tyle że Zawada nie miał tak wygórowanych sportowych ambicji.

- Nie do końca. Jego pierwsze zimowe wejście na Noszak (7492 m) i dotarcie do wysokości 8500 m na Lhotse zimą było wyczynem.

- Podobnie jak jego zachowanie pod Everestem zimą, gdy po dłuższym czasie w bazie spadło morale zespołu i ludzie przestali wierzyć w sukces. Wtedy Zawada z Andrzejem Heinrichem ruszyli w górę, a pozostali uwierzyli, że wciąż wszystko jest możliwe. Bogdan Jankowski pisał, że Zawada cenił technikę i znał się na niej, a jego wysokogórskie wyprawy musiały mieć świetną łączność radiową, lokalną i dalekosiężną: z polską ambasadą, agencją, ministerstwem turystyki, z naszym krajem i światem. Z każdej wyprawy przywożono kilkadziesiąt godzin nagrań rozmów radiowych.

- Dziś na wyprawy jeżdżą alpiniści, którzy prowadzą swoje biznesy, bez przeszkód podróżują po świecie. Nie mają na ogół czasu na spędzanie w górach wysokich kilku miesięcy w roku. Szukają sponsorów, inwestują własne pieniądze i chcą sukcesu. Najlepiej indywidualnego.

- Za czasów Zawady wyjazd na wyprawę to była nobilitacja, okazja przeżycia przygody, szansa na wspólne działanie. Teraz jest chyba inaczej. Podczas zdobywania Broad Peaku zimą wspinacze (Adam Bielecki, Artur Małek, Tomasz Kowalski, Maciej Berbeka - przyp. MLK) szli niby razem, ale jednak osobno. Dwóch nie wróciło. Nie wiem, czy Zawada by się odnalazł we współczesnym himalaizmie. Chyba nie. Pewnie ta wciąż trwająca magia Lidera to wyraz tęsknoty za tamtymi czasami. Także wśród dzisiejszych alpinistów.

- Wciąż krążą opowieści, jak to „Zawadka” wchodził do mesy w swojej lisiej czapce, rzucał jakiś żart, a potem snuł opowieści o niedźwiedziach, o Wietnamie i uskuteczniał podpuszczanie: Ciekawe, kto wyjdzie w taką zawieruchę do góry? - opowiadał mi o Liderze Krzysztof Wielicki.

- Zawada był prekursorem zimowych wypraw w góry najwyższe. W swojej wizji himalaizmu zimowego wyprzedził epokę o dwie dekady, bo za jego czasów prawie nikt nie podejmował rzuconego przez niego wyzwania. Ale mijały lata i śmiałków przybywało. Gdy w lutym 2016 Nanga Parbat została zdobyta zimą przez międzynarodowy zespół (Txikon, Sadpara i Moro), Reinhold Messner uznał, że palma pierwszeństwa zimowego himalaizmu została nam odebrana. Teraz chodzi o to, by na K2, jako ostatni niezdobyty zimą szczyt ośmiotysięczny, weszli Polacy. To wyzwanie, które postawił przed nimi Andrzej Zawada.

- Podczas tegorocznej zimowej wyprawy na K2 Krzysztof Wielicki będzie jej kierownikiem.

- Ma na koncie wiele osiągnięć, ale chyba nie ma takiej charyzmy jak Zawada.

- Mówił mi, że w jego przypadku pełnienie funkcji kierownika wyprawy utrudniały dotąd własne ambicje sportowe; też chciał wchodzić na wierzchołki. I to dążenie do indywidualnego sukcesu sportowego trochę zakłócało jego „kierownikowanie”. Spodziewa się, że teraz, gdy ambicje weryfikuje wiek, łatwiej mu będzie wejść w rolę Lidera. Został w jakimś sensie namaszczony przez Zawadę na jego następcę.

- Obecnie od lidera wyprawy nie zależy w górach wysokich tak wiele jak kiedyś. Nie wiem też, czy Wielicki będzie umiał sukces wyprawy potraktować także jako swój własny, a co lider powinien potrafić.

- Zawada był według Pani wizjonerem?

- Na pewno. Potrafił przekonać wiele osób, że wspinanie się zimą w górach wysokich jest możliwe i to z sukcesem. Ale początkowo pomysł zimowego wejścia na Mount Everest nie podobał się nikomu. Polski Związek Alpinizmu był przeciwny, przeciwny był rząd Nepalu. Od lat było ustalone, że wyprawy możliwe są przed i po monsunie. To były okresy wspinaczkowe w Himalajach. Ale Zawada postawił na swoim.

- Odszedł za szybko.

- W biegu. Był w ferworze załatwiania zimowej wyprawy na K2, gdy zaatakowała go choroba. Nie zdążył mi o sobie wszystkiego opowiedzieć. A miał się czym dzielić - pięćdziesiąt lat wyczynowego uprawiania alpinizmu, od Tatr po Himalaje, udział w badaniach naukowych w Wietnamie i na Spitsbergenie, połączony oczywiście ze wspinaczką, kierowanie wieloma wyprawami w góry wysokie, wyprawami najczęściej kończącymi się sukcesem.

- Za to sporo mówiła o mężu Anna Milewska.

- Myślę, że ich związek polegał na wzajemnej tolerancji. Z tego wynikały, jej zdaniem, i miłość, i wzajemny szacunek, i zrozumienie. Chyba miała rację, bo ci dwoje przeżyli razem kilkadziesiąt lat. On - pionier himalaizmu zimowego i wybitny kierownik wypraw wysokogórskich. Ona - aktorka i poetka. Mogłoby się wydawać - dwie odległe gwiazdy, których tory rzadko się przecinają. A tu proszę. Nie przeszkadzało im, że gdy on wracał z gór, ona wyjeżdżała z teatrem czy na zdjęcia filmowe. Spotkania z mężem - jak wspomina - były odnalezieniem się, radością. Choć zdarzały się niesnaski; jak w każdym związku, małżeństwie.

- Pani Anna, choć aktorka, czasami bywała z mężem w górach wysokich.

- Trochę też się wspinała w Tatrach i jeździła na nartach. Dwukrotnie towarzyszyła mu w Himalajach; pod Mount Everestem i w bazie pod Cho Oyu. Była też na wyprawie w Hindukusz, w roku 1977.

- Nie przeszkadzało jej, że męża uwielbiały kobiety?

- Na pewno nie robiła scen zazdrości; wiedziała, że jest dla niego najważniejsza. Znajomi Zawadów wspominają, że Andrzej mówił o żonie w sposób niezwykły; podkreślał, że jest najpiękniejsza i najmądrzejsza. Po czym jechał w góry wysokie, albo mniej wysokie. Nie każdemu by taka forma małżeństwa odpowiadała, ale gdy patrzyłam na tych dwoje, widać było, że się rozumieli, choć funkcjonowali w zupełnie różnych światach. On w świecie sportu, ona w świecie kultury i sztuki. Wzajemnie się motywowali, każde było dumne z osiągnięć drugiego. Wybrali co prawda model życia dosyć egoistyczny - nie rezygnowali ze swoich planów dla tej drugiej strony - ale może to była dla nich recepta na udany związek?

- Anna Milewska opowiadała na łamach Pani książki, że choć nie przepadała za gotowaniem, robiła dla męża obiady.

- A gotowanie jajka na miękko opanowała do perfekcji! Poza tym pielęgnowali zwyczaje, razem chodzili do kina, choć do teatru Zawada nie za bardzo lubił chodzić. Wspólnie spędzali wakacje na jeziorach, pływając własną motorówką, mieli też przyjaciół w klubie żeglarskim. Z małych kawałeczków budowali bliskość. Także wtedy, gdy szukali świerszcza, który zapodział się gdzieś w domu. W końcu go znaleźli. Mieli całą hodowlę świerszczy, które grały im swoje melodie przez trzydzieści lat.

- Żona, dom, przyjaciele - to były dobre strony życia Lidera tu, na dole.

- Ale w górze Zawada czasami podejmował kontrowersyjne decyzje, za które był krytykowany. Na przykład wielu kolegów miało do niego pretensje, że przed laty nie powiedział Maciejowi Berbece, że ten nie wszedł na Broad Peak, a tylko na jego przedwierzchołek, Rocky Summit. Berbeka, przekonany o swoim sukcesie, dowiedział się prawdy dopiero w kraju.

- Która z opowieści o Zawadzie jest Pani ulubioną?

- O kupowaniu spodni. Andrzej był zawsze bardzo elegancki, dbał siebie. Pewnego razu do Warszawy przyjechał z Wrocławia Bogdan Jankowski, odpowiadający za łączność na prawie wszystkich wyprawach Zawady. Chciał kupić sobie spodnie, więc Zawada zaoferował swoją pomoc. - To może pomogę ci coś wybrać? Jednak gdy Bogdan (pracownik naukowy, ojciec trzech synów) przyznał, że spodnie mają być jak najtańsze, Andrzej zrezygnował z pomocy. Nie uznawał nonszalanckiego (w domyśle: najtańszego) stylu ubierania się, ani w górach, ani na dole.

- Podobno nie przeklinał.

- Podobno. Powtarzał, że zwłaszcza w kontaktach z kobietami trzeba zachować spokój.

- Był z innego świata?

- Na pewno.

- Nie obawiał się śmieszności, otwarcie i głośno mówiąc, że jest patriotą.

- Zatykać biało-czerwoną na niezdobytych szczytach i rozsławiać nasz kraj w świecie - to była główna dewiza jego sportowej działalności. Robić dla kraju coś, co potrafi się najlepiej - taki sens nadawał swojej działalności górskiej.

- Wzbudzał w Pani emocje? O Wandzie Rutkiewicz pisała Pani ciepło, serdecznie. Bardzo prawdziwie.

- W tej książce emocji jest mniej. Bo i kontakty były rzadkie. Z Wandą musiałam się pożegnać i rozliczyć. Zresztą Zawadę poznałam dzięki niej. Wiem, że chciałby dla Polski zimowego wejścia na „Kej Tu”. Jeśli nasi wejdą, sukces pewnie zadedykują Liderowi.

- A wejdą?

- Chciałabym.

Majka Lisińska-Kozioł

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.