Mieszkańcy krakowskich Azorów ponad rok czekali na powrót Jezusa

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz
Anna Górska

Mieszkańcy krakowskich Azorów ponad rok czekali na powrót Jezusa

Anna Górska

- Dzień dobry, dodzwoniłem się do urzędu? Dobrze trafiłem? Czy pani wie, gdzie zniknął Pan Jezus z kapliczki na Azorach? Parafianie i moja mama też się martwią, bo kolejny tydzień mija i nic nie wiadomo, co się z nim stało. Chodzi o tego Pana Jezusa z ul. Stachiewicza 26. Chyba Frasobliwy.

Pan Jezus nie był Frasobliwy, a figura trafiła do renowacji, budząc wielki niepokój mieszkańców. Na jej powrót czekali ponad rok. Odetchnęli dopiero wtedy, gdy wreszcie po renowacji pojawił się w kapliczce na Stachiewicza. Co prawda Jezus nie stanął w miejscu, w którym parafianie gromadzili się z dziada pradziada ponad sto lat, lecz kilka metrów dalej. Okazało się, że wyjazd z nowo wybudowanego bloku był dla niego zbyt niebezpieczny, stąd urzędnicy podjęli decyzję o przesunięciu. Dla parafian najważniejsze jednak jest, że Pan Jezus wrócił odnowiony i w całości.

- Mieszkańcy Azorów są bardzo związani z tą kapliczką - mówi Lucyna, rodowita nowohucianka, która przeprowadziła się na Azory kilkanaście lat temu. - Ona jest wpisana w lokalny krajobraz, zawsze przy kapliczce jest pełno kwiatów, obrazków, znicze się palą - dodaje.

„Żabka” mogłaby stanąć nieco dalej

Azory jeszcze sto lat temu były peryferiami Krakowa, wsią bez kanalizacji, z kilkoma ulicami i mieszkańcami, którzy znali się ze sobą. Ulice - Stachiewicza (dawniej to był dalszy ciąg ulicy Wrocławskiej i tak też była nazywana) i Chełmońskiego (dawniej Krakowska) - stanowiły coś w rodzaju centrum wiejskiego. Wszystko, co było wówczas „pierwsze”, powstawało tutaj: kapliczka, piekarnia, sklep.

Zresztą kapliczka, która ma ponad sto lat, i teraz w XXI wieku jest przy sklepie. „Żabkę” co prawda, zdaniem niektórych mieszkańców, wybudowano zbyt blisko Pana Jezusa. Ale to drobiazg.

- Ja się cieszę, że w ogóle kapliczka jest tutaj - mówi starszy pan. Mieszka niedaleko, ale nie chce podać imienia. - Tyle czasu najpierw kapliczki nie było przez budowę bloku, potem krzyża, obawiałem się, że w tym natłoku ktoś zapomni. A przecież to ważne jest, aby zachować coś, co stworzył człowiek sto lat temu. I to człowiek, który też tu mieszkał, chodził tymi samymi ulicami jak i my - przyznaje.

Kaplica jest, ale pusta!

Odtwórzmy wydarzenia chronologicznie. Na skrzyżowaniu ulic Chełmońskiego i Stachiewicza deweloper zaczyna budowę bloku: na działce, na której stoi kapliczka, a w niej krzyż i Jezus. Inwestor kapliczkę troskliwie zabezpiecza, owija w folię. Znajduje się ona cały czas za ogrodzeniem budowy, mieszkańcy okolicznych domów nie bardzo wiedzą, co się z nią dzieje. Czekają więc na rozwój wydarzeń bez paniki. I doczekali się. Gdy do nowego bloku wprowadzają się pierwsi lokatorzy, kapliczka też znajduje swoje nowe miejsce - kilka metrów od dotychczasowego. Teraz stoi „na płaskim”, wysepkę, na której była zbudowana, zostaje ścięta. Kapliczka, owszem, jest odnowiona, odmalowana, dostaje nowe ogrodzenie, deweloper też wokół zasadza kwiatki. Wszystko pięknie. Tylko że kapliczka jest pusta! Po Jezusie na krzyżu ani śladu. I wtedy właśnie na Azorach ludzie poczuli niepokój. I to wielki

- Sądzę, że gdyby krzyża nie było miesiąc czy dwa, nie wzbudziłoby to zamieszania i wątpliwości u mieszkańców. Kaplica jednak stała pusta przez co najmniej rok - opowiada pani Lucyna. Ludzie snuli różne wersje, jedna dramatyczniejsza od drugiej: że deweloper przehandlował zabytkowy krzyż, że bandyci ukradli, że zgubiono Jezusa podczas transportu, że w trakcie remontu narobili mu szkody wielkie - wymienia parafianka.

Kaplica mimo to nawet bez krzyża była pięknie udekorowana. Panie przynosiły tam kwiaty, święte obrazki, zapalały znicze. Aby ktoś przypadkiem nie pomyślał, że jest nikomu niepotrzebna. Ktoś wstawił do środka figurkę Matki Bożej.

Jezusa na Krzyżu wciąż nie było, a niepokój w sercach rodowitych mieszkańców Azorów stawał się coraz większy.

Szukanie Jezusa po urzędach

Ojciec Klaudiusz Bartos, proboszcz Parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny na Azorach, wspomina, że pism, telefonów, zapytań od mieszkańców dostawał wówczas co niemiara. Podczas kolędy księża otrzymywali niemalże pytanie obowiązkowe: czy coś wiadomo, co się dzieje z krzyżem, kiedy powróci do nas?

- My jako parafia nie jesteśmy stroną decydującą w takich sprawach - tłumaczy o. Klaudiusz. - Nie mogłem jednak zostawić parafian bez odpowiedzi. Podczas jednej z mszy niedzielnych w ogłoszeniach wyjaśniłem, że krzyż jest w renowacji, za którą odpowiedzialny jest urząd miasta i konserwator zabytków.

Kuć żelazo póki gorące - postanowili najbardziej aktywni parafianie i… zaczęli dzwonić, wysyłać swoje zapytania, listy tym razem do urzędników. Owszem, ucieszyli się, że odnaleźli ślad. Uspokoił ich też fakt, że krzyż i Jezus istnieje, a nie zniknął, nie wiadomo gdzie. Najbardziej ulżyło im, gdy dowiedzieli się i przekonali, że jest w fachowych rękach konserwatorów i nic złego nie powinno się wydarzyć.

Do tej pory jednak zachodzą w głowę, dlaczego tak długo trwał remont krzyża?

- Inne kapliczki czy zabytkowe krzyże, a mamy ich sporo w okolicy, były remontowane w parę miesięcy, a czemu nasz Pan Jezus ze Stachiewicza musiał być naprawiany ponad rok? - zastanawiają się i dzisiaj, gdy sprawa jest zamknięta.

Ale nie dali za wygraną, aż nie zobaczyli na własne oczy Pana Jezusa na krzyżu w kapliczce przy Stachiewicza pod nr 26. Dopiero wtedy odetchnęli.

- Wspaniali ludzie, każdemu życzyłbym takiej parafii - nie kryje dumy proboszcz Parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny na Azorach. - Oczywiście, że cieszył mnie fakt, że ludzie tak szczerze zmartwili się zniknięciem krzyża i podjęli aktywne działania w jego poszukiwaniach. Teraz, jak i w przeszłości troszczą się, aby kaplica była czysta i udekorowana - chwali ojciec.

I to prawda, teraz - w okresie bożonarodzeniowym- przy krzyżu czuwa drewniany uśmiechnięty aniołek, ktoś przyniósł elegancki wazonik z muszelkami, gałązkę jodły, figurkę Marki Boskiej. Widać, że Pan Jezus zadbany.

Kilka miesięcy temu podczas robót drogowcy uszkodzili krzyż przy ul. Rydla, już w ciągu 3-4 godzin cała parafia na Azorach o tym wiedziała z proboszczem na czele. Tym razem na szczęście naprawa krzyża trwała krótko, trafił na swoje miejsce bardzo szybko i bez tajemniczych zniknięć.

Anna Górska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.