Mateusz Damięcki: Zawsze chciałem wychodzić z szuflady, do której mnie włożono

Czytaj dalej
Fot. Materiały prasowe
Paweł Gzyl

Mateusz Damięcki: Zawsze chciałem wychodzić z szuflady, do której mnie włożono

Paweł Gzyl

Mateusza Damięckiego możemy właśnie oglądać w kinach w filmie „Lokal zamknięty”. Nam popularny aktor opowiada czy znane nazwisko ułatwiło mu karierę.

- „Lokal zamknięty” to pierwszy polski film podejmujący temat pandemii – i to w konwencji komedii. Skąd taki pomysł?
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że o pandemii będzie się długo mówiło i to na serio, dotknęła przecież tak wielu z nas wywołując szereg poważnych konsekwencji. Jak to jednak zwykle bywa, wszystko co jest powodem smutku i zgryzoty, człowiek w odruchu autoimmunologicznym stara się oswoić, zelżyć, obrócić w żart. Każdy z nas jest już zmęczony, mamy dosyć tego stanu zawieszenia, atmosfery wszechogarniającego strachu. Przyszła więc najwyższa pora na to, by z całej tej sytuacji pożartować. Choć sama produkcja filmu była poważną sprawą, zdawaliśmy sobie sprawę, że robimy coś, żeby ten balon wreszcie przebić.

- Początkowo film nosił tytuł „Zaraza w domu miłości”. Dlaczego ostatecznie wszedł do kin jako „Lokal zamknięty”.
- Początkowo tytuł miał być dowcipnym nawiązaniem do głośnej powieści Marqueza „Miłość w czasach zarazy”. Bardzo nam się on wszystkim podobał. Ostatecznie jednak został zmieniony pod wpływem sugestii dystrybutora. Jak się nad tym dłużej zastanowić, to ma to sens: filmy ze słowami „pandemia” czy „zaraza” w tytule przez długi czas mogą być trudne do sprzedania. To są prawa, którymi rządzi się rynek i nie można sobie ich ot tak zmienić. W końcu reżyser wymyślił więc nowy tytuł. Również niejednoznaczny. Uważam, że zabawny, pasuje.

- Kręciliście w warunkach pandemicznych obostrzeń. Jak sobie radziliście na planie?

- Plany filmowe zostały początkowo na długi czas wyłączone z pracy. Jeszcze gorsza sytuacja zaistniała w teatrach. Dostaliśmy mocno po głowie. Kiedy więc lockdwon został poluzowany, od razu ruszyły prace nad filmami i serialami. Kręciliśmy w takich samych warunkach, w jakich pracowała cała Polska: staraliśmy się trzymać dystans, nosiliśmy maseczki i wietrzyliśmy pomieszczenia. Nie przywykliśmy jednak do tego typu pracy. Przecież kręcenie filmu polega na bliskim kontakcie. Często trzeba swobodnie porozmawiać czy wymienić uwagi. A niektóre sceny wymagają bliskiego kontaktu fizycznego. Jak więc w tych warunkach zagrać pocałunek? Trzeba było realizować założenia scenariusza, więc musieliśmy się na pewien czas wyłączyć z tych obostrzeń. Ale byliśmy nieustannie testowani i na szczęście nikt nie zachorował. Kręciliśmy oczywiście w tempie ekspresowym.

- Czym była dla pana możliwość pracy po długim okresie lockdownu?
- Czymś zbawiennym. Ja byłem przez długi czas zamknięty w domu. Wisiała nad nami wielka niewiadoma i zastanawiałem się jak to wszystko będzie kiedyś wyglądało. Praca była więc formą terapii. Wreszcie można się było spotkać i pogadać z ludźmi. I znów okazało się, że mam świetną pracę, zawód, którego nie zamieniłbym na żaden inny.

Czytaj dalej!

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Polskiego,
  • codzienne wydanie Dziennika Polskiego,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.