Maciej Jakubowiak: Nie wiadomo, co będzie. I z tym „nie wiadomo” też trzeba nauczyć się żyć

Czytaj dalej
Katarzyna Kachel

Maciej Jakubowiak: Nie wiadomo, co będzie. I z tym „nie wiadomo” też trzeba nauczyć się żyć

Katarzyna Kachel

Kiedy Maciej Jakubowiak, świeżo upieczony laureat Nagrody im. Adama Włodka, zaczął pisać o końcach świata, nadeszła pandemia. Kiedy mieliśmy rozmawiać o książce, wybuchła wojna. Nie wiem, co się wydarzy, zanim przeczytają państwo tę rozmowę. To, co teraz, nie jest na zawsze, czasami jest na kilka godzin.

Wstaję i zaczynam dzień od sprawdzenia informacji o wojnie, a ty?

Ja czasami boję się otwierać komputer.
Dzisiaj cieszyłem się, że podczas ostrzeliwania zginęły tylko trzy osoby. Kiedy zrozumiałem, z czego się cieszę, przestraszyłem się.

Myślałeś kiedyś o tym, by iść na wojnę, by walczyć za ojczyznę?
W 2014 roku, kiedy Rosja napadła na Donbas i Krym, pierwszy raz w moim życiu wojna była tak blisko i próbowałem to jakoś oswoić. Urodziłem się długo po stanie wojennym, nie pamiętam czasów PRL-u, ominąłem zasadniczą służbę wojskową, z radością uciekłem. Wojsko dla urodzonych jak ja 35 lat temu było całkowicie bez sensu, kojarzyło się z falą, karą i straconym rokiem życia. W moim pokoleniu nie mieliśmy bliskiego doświadczenia zagłady. Nie czuliśmy go.

A opowieści dziadka?
Były raczej jak „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, mówiły o strachu i próbach ratowania skóry. Osierocony chłopiec zostaje wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec, dwa razy z nich ucieka, chowa się przed Gestapo. I sam miałem taki stosunek do wojny - wiedziałem, że gdyby miała nadejść, to trzeba od niej uciekać, ratować się za wszelką cenę. I w tamtym 2014 roku, gdy pojawiła się obawa, że Putin mógłby zaatakować Polskę, miałem jedną myśl: spakować się jak najszybciej i uciec do Niemiec.

To się zmieniło?
Nie wiem, czy bym się zdobył na taki akt odwagi jak ci ukraińscy mężczyźni, którzy wracają do swojego kraju. Rzucają rodziny, pracę i przekraczają granicę, by zaciągnąć się do armii. Nie chciałbym stanąć przed takim wyborem. Czytałem o mężczyźnie, który w pierwszym dniu wojny wyjechał z Anglii, by dołączyć na front, gdzie walczy jego syn. Czuł, że nie może być gdzie indziej. I to jeszcze jestem w stanie pojąć, chciał być blisko najbliższych, obok dziecka. Ale jak ja bym postąpił? Nie wiem, nikt mnie nigdy nie przygotował na taką ewentualność. Nieprzypadkowo zlikwidowano w Polsce powszechny pobór, nieprzypadkowo pozwolono nam o zapomnieć o konfliktach zbrojnych. W Europie Zachodniej po II wojnie światowej, a w pozostałych jej częściach po 1989 roku intensywnie budowano kulturę pokoju. Jestem wychowankiem tej kultury.

To coś złego?
Nie wiem, czy złego, czy dobrego. Po prostu tak jest, że albo się militaryzujemy, szykujemy na przyszłą wojnę, albo o niej zapominamy i uczymy się żyć pokojowo. Wkuwamy zasady negocjacji. I my je wkuliśmy na blachę, zaczęliśmy funkcjonować tak, jakby wojny nie było.

Bo u nas jej nie było.
Co nie znaczy, że nie braliśmy udziału w tych, które toczyły się dalej. Jesteśmy hipokrytami, z bardzo silnymi mechanizmami wyparciowymi. To one pozwalają nam na co dzień funkcjonować. Taka jest nasza biologia; dotyka nas to, co bliskie, co widzimy, co nam bezpośrednio zagraża. I kiedy pokój był zagwarantowany w Europie, bo konflikty przenoszono gdzie indziej - choćby w Afganistanie czy w Iraku - spaliśmy spokojnie.

Teraz już spokojnie nie śpimy.

I zaczynamy się zastanawiać, co teraz robić. Niemcy dokonały szybkiej rewizji swojej polityki obronnej, zwiększyły budżet zbrojeniowy, zezwoliły na eksport swojego wyposażenia militarnego do Ukrainy. Czy to oznacza, że cały pomysł na Unię Europejską jako pokojową część świata upadł? Czy wrócimy do wojen, które toczyły Europę przez większą część jej historii? Jakie to będzie miało konsekwencje dla naszego życia społecznego, naszej wrażliwości? Ta dyskusja już zaczyna się toczyć. Bardzo się zdziwiłem, kiedy nawet w sobie odkryłem militarystyczne odruchy. Czy damy teraz radę istnieć jako społeczeństwa niezdolne do przemocy, kiedy tuż za naszą granicą jest społeczeństwo, które potrzebuje przemocy, żeby się bronić?

Jedno jest pewne, że świat, który znamy, rozpada się na naszych oczach.
W tym wszystkim, co nas spotyka w ostatnich latach, nietrudno dostrzec pewne prawidłowości. Ostatnio przestało mnie dziwić, że po covidzie przyszła wojna. Może musimy się zacząć przyzwyczajać - tylko czy to możliwe? - do życia w stania wyjątkowym. Ta logika zaczęła uruchamiać się 11 września 2001 roku. Dwadzieścia lat temu Stany Zjednoczone eksportowały wojny na Bliski Wschód, a my wierzyliśmy, że dzięki temu jesteśmy bezpieczni. Stopniowo ten obraz się kruszył, kiedy ataki terrorystyczne w Europie przypominały, że nas to też dotyczy. Że bierzemy udział w tych samych konfliktach, że ten porządek, który został zbudowany po II wojnie światowej, to zwykła iluzja. Fala populizmu, która ostatnio dotknęła m.in. Polski, Węgier, Brazylii czy USA, z jednej strony była reakcją na wzrost napięć i niepokojów, ale z drugiej strony - na wzrost nierówności, które po II wojnie światowej eksportowano do krajów tak zwanego trzeciego świata. Budując zachodni dobrobyt na nierównościach, nie chcieliśmy widzieć, że na dłuższą metę to nie będzie wydolne i że skutki dopadną wreszcie naszych społeczeństw. Dla niektórych wybór Donalda Trumpa na prezydenta już był końcem świata, potem przyszedł covid, teraz mamy wojnę, co będzie dalej? Tracimy poczucie sprawczości.

W swojej książce piszesz, że z perspektywy końca świata dobrze widać początek. Wojna wyjaskrawia mechanizmy, które do niej doprowadziły?
Kiedy wszystko się sypie, zawsze zadajemy sobie pytanie: czy nie można było poukładać tego inaczej? Bardziej sprawiedliwie, równościowo? Ale czy my tak naprawdę wiemy jak? Czy na przykład istniała szansa, by wciągnąć Rosję w krąg zachodnich demokracji? A co z Chinami? Przecież to one po II wojnie światowej były tym obszarem świata, do którego eksportowano nierówności. Nie wiem. I z tym „nie wiem”, „nie wiadomo”, też musimy się nauczyć żyć.

Czy do tego potrzebujemy opowieści o końcu świata?
Od kilku lat mamy silne poczucie nadchodzącego zagrożenia, związane z kryzysem klimatycznym, pandemią czy niekontrolowanym rozwojem technologii. Ale opowieści o końcu świata, które snujemy niemal od samego jego początku, tak naprawdę zajmują się sprawami podstawowymi. Kiedy opowiadamy sobie, jak skończy się świat, opowiadamy sobie również, czym jest ten świat i co to znaczy, że jesteśmy ludźmi. Opowieści o końcu świata są historiami o jego granicach. Im szersze i pojemniejsze te wyobrażenia, tym w lepszej jesteśmy w kondycji i tym mniejsze są szanse, że świat się nam skończy.

Czy właśnie teraz oglądamy, jak kończy się świat, który znaliśmy? Ale jakaś jego część tak.
W mojej książce jest podrozdział o znakomitej powieści Serhija Żadana „Internat”, która powstała po wybuchu wojnie w Donbasie. Jest tam w zasadzie wszystko to, o czym dzisiaj rozmawiamy. Żadan pisze o propagandzie, niepewności, strachu i wojnie. Główny bohater, Pasza, zwykły nauczyciel, zostaje zmuszony zaangażować się w konflikt, choć nie ma na to ochoty. Jest pacyfistą, takim jak ja, który nie marzy o tym, by walczyć. Ale stopniowo, coraz wyraźnej dostrzega, kto jest wojnie winien. Jedna z napotkanych kobiet pyta go wreszcie, czy jest idiotą, który nie widzi, skąd nadlatują pociski. I wtedy Pasza zdaje sobie sprawę, że chcąc nie chcąc, uczestniczy w konflikcie. Książka kończy się jednak wątłą, ale jednak nadzieją, że w kraju starczy miejsca dla wszystkich, że nie trzeba będzie do siebie strzelać. I może to jest właśnie ta lekcja, której nie odrobiliśmy? Może trzeba powiedzieć wprost, że jeśli chcemy wieść pokojowe życie, musimy zapewnić je wszystkim, całej planecie, a nie mojemu krajowi czy temu obok. Nie możemy spychać wojny gdzieś daleko, bo i tak do nas wróci.

I zmieni nasze życie.
I to się dzieje. Zobacz, ile jest teraz niepewności, strachu. Podstawowe uczucie, z którym sam się zmagam, to bezsilność. Codziennie biję się z myślami, czy to, co robię, jest wystarczające. Czy to w porządku? Czy kiedy tłumaczę, że mam pracę, nie popełniam grzechu zaniechania, bo może powinienem tę prace w tej sekundzie rzucić? Nie wiem. Ale jest też dużo rzeczy, które jednak wiemy. Choćby to, że trzeba pomagać. Wojna pokazała w nas dużo dobrego. Potrafimy się łączyć poza podziałami, działać mimo chaosu i braku koordynacji.

Mogliśmy się lepiej przygotować?
W książce piszę o preppersach, którzy przygotowują się na koniec świata, na tornada, tsunami i atak kosmitów. Nie ma to większego sensu, przynajmniej w naszej części wszechświata. Ale możemy się przygotowywać na te zagrożenia, które są realne. Na przykład na wielką falę uchodźców, kiedy od paru miesięcy wiadomo, że konflikt zbrojny jest wysoce prawdopodobny. Nie chodzi o to, by stawiać namioty i gromadzić prowiant, ale przecież już wcześniej można było opracować ustawodawstwo i mieć gotowe plany zarządzania kryzysowego. Wcześniej można było stworzyć platformy pozwalające szybko i sprawnie pozyskiwać i rozdzielać lokale. Boję się, że znów niczego się nie nauczymy. Że kiedy Zełenski będzie podpisywał traktat akcesyjny o przystąpieniu Ukrainy do UE, a Putin będzie sądzony w Hadze, wtedy uznamy, że wszystko jest załatwione i zapomnimy o tym na kolejne lata.

Może nie do końca, bo część uchodźców z nami zostanie.
I jeśli nie zmienimy polityki wobec nich, może to się źle skończyć. Cieszy mnie dzisiejszy zryw, te wszystkie oddolne inicjatywy, nasze zaangażowanie w pomoc. Ale przecież masowa imigracja z Ukrainy nie zaczęła się 24 lutego 2022 roku. Trwa prawie od dekady. I do tej pory nie radziliśmy sobie z nią świetnie. Nie nauczyliśmy się żyć z ludźmi z Ukrainy, którzy przyjeżdżali tutaj pracować, mieszkać, zakładać rodziny. Nie wiemy, jak włączać ich do naszej codzienności, jak zmieniać polską kulturę, by było w niej miejsce też dla języka ukraińskiego. Kilka tygodni przed wybuchem wojny głośno było o paniach z Ukrainy zajmujących się opieką domową, które założyły pierwszy związek zawodowy. Pierwszy! A przecież żyły tutaj już tyle lat. Dlaczego nie pomyśleliśmy wcześniej, że można im pomóc? Potrzebowaliśmy wojny, by zobaczyć, że mamy milion ukraińskich sąsiadów, tych najbliższych. Co teraz z tym zrobimy?

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.