Lanberry: Mam nadzieję, że wniosę do tego programu nową energię

Czytaj dalej
Fot. Jan Bogacz
Paweł Gzyl

Lanberry: Mam nadzieję, że wniosę do tego programu nową energię

Paweł Gzyl

Ma na swym koncie własne przeboje, jest też współautorką hitów Roksany Węgiel i Viki Gabor. Od soboty będziemy ją oglądać jako nową trenerkę w „The Voice Of Poland”. Nam Lanberry zdradza, że tak naprawdę najbardziej kocha... rocka.

- Jak to się stało, że trafiłaś na fotel trenerki „The Voice of Poland”?
- Ta historia ma swój początek prawie dziesięć lat temu. W 2013 roku byłam po drugiej stronie w tym programie. Przez te dziesięć lat wiele zmieniło się w moim życiu. Z dużą determinacją dążyłam do tego, by moje muzyczne dzieci przychodziły regularnie na świat. Spotkałam po drodze cudownych ludzi, którzy bardzo we mnie uwierzyli. Finałem tej historii jest moja obecność na czerwonym fotelu w „The Voice of Poland”.

- Dlaczego w ogóle zechciałaś wziąć udział w tym programie jako trenerka?
- Kiedy myślałam o programach telewizyjnych, w których chciałabym wziąć udział, to w grę wchodził tylko „The Voice”, bo to program, który daje możliwość szlifowania wokalnych diamencików. Jest w Polsce mnóstwo pięknie śpiewających ludzi. Ja szukam jednak takich, którzy nie boją się wychodzić poza linię i eksperymentować. Kilka takich osób usłyszałam już podczas pierwszych przesłuchań w ciemno.

- Kiedy ogłoszono, że zostałaś trenerką „The Voice”, reakcje były skrajne: jedni cieszyli się, że wreszcie zostałaś doceniona, a drudzy uznali, że masz za małe doświadczenie. Co o tym sądzisz?
- To zależy, jak się na to patrzy. Debiutowałam w 2015 roku, a wcześniej wykonywałam mrówczą pracę, bo poszukiwałam swojego muzycznego DNA. Dzisiaj na moim koncie w ZAIKS-ie jest zapisana ponad setka utworów. Jestem bardzo wdzięczna za to, że spotykam ludzi, z którymi tak świetnie mi się pracuje. Żeby piosenka powstała, między tworzącymi ją autorami musi być dobra energia. To był więc dobry układ gwiazd. A komentarze zawsze będą podzielone. Mam nadzieję, że ci, którzy są sceptycznie nastawieni do mojej osoby, dzięki „The Voice” będą chcieli mnie poznać. Serdecznie zapraszam na moje koncerty – bo każdego artystę najlepiej ocenić po występie na żywo.

- Dodajmy, że zasiąść na fotelu trenera „The Voice” wcale nie jest tak łatwo. Musiałaś przecież przejść przez zdjęcia próbne. Czym przekonałaś do siebie realizatorów tego programu?
- Trudno mi się wypowiadać za nich. Zostałam jednak ugoszczona, jakbym przyszła do swego rodzinnego domu. Poczułam ogromne wsparcie i to dodało mi skrzydeł. Dzięki temu mogłam gładko wejść w tę rolę.

- Przy pierwszych rejestrach na pewno miałaś duży stres. Jak sobie z tym poradziłaś?
- Oczywiście było trochę stresu, ale nie odczułam go jakoś bardzo mocno. Może przez to, że w studiu panuje rodzinna atmosfera. Wszyscy mają bardzo dużo dobrej energii w sobie. Cała produkcja, publiczność i uczestnicy. To wszystko składa się w niesamowite przeżycie. Cieszę się, że mogę tam być i czerpać od innych.

- Z którym z trenerów złapałaś najlepsze porozumienie?
- Jestem otwarta na wszystkich. Staram się ich poznać od tej strony, od której do tej pory nie miałam okazji. Gdzieś tam mijaliśmy się co prawda nie raz na scenie, ale nie był to tego rodzaju kontakt jak teraz. Mogę ich posłuchać, oni też mogą mnie poznać. Na razie odkrywam wszystkich po równo.

- Najbliżej ci chyba generacyjnie do Thomsona i Barona.
- To nie ma znaczenia. W ogóle nie myślę w ten sposób, bo to jest bardzo ograniczające. A ja nie znoszę szufladkowania. Może zabrzmi to banalnie, ale łączy nas to, po co się tam spotkaliśmy. Pochodzimy co prawda z zupełnie innych galaktyk muzycznych, ale wspólnym mianownikiem nas wszystkich jest chęć odkrywania nowych talentów i miłość do muzyki.

- Największe konflikty w tym programie pojawiały się najczęściej między wokalistkami. Teraz tak nie będzie?
- Ja nie kumam w ogóle tych dram. Oczywiście w programie jest rywalizacja między trenerami, ale w granicach rozsądku. Na przykład blokując się nawzajem. Możemy się więc trochę poprzekomarzać, ale w cywilizowany sposób. Mam ogromny szacunek do każdego z trenerów i nie wyobrażam sobie jakichś „podjazdów”.

- Potrafisz postawić się i zawalczyć o uczestnika, którego chciałabyś mieć w swojej drużynie?
- Jak najbardziej. Już podczas pierwszych przesłuchań w ciemno przepychałam się łokciami i walczyłam dzielnie. Ta taktyka przyniosła kilka razy pozytywny skutek – więc dobrze to rozegrałam. Teraz przede mną najgorsze: trzeba będzie kogoś pożegnać. Na samą myśl o tym rozrywa mi serce. Ale będę na pewno chciała zapewnić każdego swojego podopiecznego o swoim wsparciu. Bo zapełniłam już cały zeszyt swoimi wnioskami. Mam takie marzenie, by w trzynastej edycji „The Voice” było jak najwięcej debiutantów, którzy potem na dobre wejdą na nasz muzyczny rynek. Na pewno będę nad tym ciężko pracować.

- Czego chciałabyś nauczyć swoich podopiecznych?
- Na razie chcę ich lepiej poznać. Na pewno tych spotkań będzie więcej. Będę zwracała uwagę na to, czy w danym uczestniku jest już ten zaczyn muzycznego DNA, który później zaowocuje charyzmatyczną osobowością. Czy mam do czynienia z osobą, która wie, czego chce, czy raczej jest to czysta karta – piękny głos, który trzeba oszlifować. Będę starała się tym osobom pomóc w wyborze drogi artystycznej i wydobyciu tego, co jest najbardziej zgodne z prawdą danego człowieka. W gruncie rzeczy myślę bowiem, może trochę utopijnie, że prawda zawsze się w muzyce obroni. Jeśli chodzi o kwestie wokalne, to może nie mam takiej wiedzy jak Justyna, ale też będę chciała pomóc swojej drużynie. Mam nadzieję, że moja osoba wniesie do tego programu nową energię.

- Co będzie dla ciebie najtrudniejszego w tym show?
- Moment, w którym będą odpadać poszczególni uczestnicy. Na sto procent. To będzie dla mnie trudne. Co do reszty jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Oczywiście, mamy ciągle spotkania z produkcją i próbujemy wszystko ogarniać, aby wyszło jak najlepsze show dla widzów i żeby finaliści mogli rozpocząć udane kariery na polskim rynku muzycznym.

- Wspomniałaś na wstępie o swoim udziale w „The Voice of Poland” dziewięć lat temu. Tamto doświadczenie będzie ci teraz pomocne w byciu trenerką?
- Na pewno. Przede wszystkim mam dzięki temu w sobie empatię – bo wiem, jak to jest być po drugiej stronie. Wiem, jak to jest chcieć się jak najlepiej pokazać. Będę więc podchodzić do wszystkich z ogromnym zrozumieniem i zwyczajnym ciepłem. Ponieważ wiem, co oni czują, bo przeżyłam to samo.

- Dlaczego te dziewięć lat temu jurorzy nie odwrócili się podczas twojego występu?
- Myślę, że tak naprawdę nie byłam wtedy jeszcze gotowa. Tak to oceniam z perspektywy czasu. I bardzo się cieszę, że dostałam wówczas chwilę, żeby wszystko sobie jeszcze raz ułożyć i z pełną parą i determinacją ruszyć i działać. Tak się stało – i od tamtej pory krok po kroku buduję swoją karierę.

- Na pewno bardzo przeżyłaś tamto niepowodzenie. Co sprawiło, że nie załamałaś się i nie zrezygnowałaś z marzeń o śpiewaniu?
- Często o tym myślę. Wydaje mi się, że to było jakieś wewnętrzne przekonanie, że na mnie coś czeka. Że nie mogę odpuścić i muszę tworzyć. Żeby ta moja twórczość dotarła do jak największej liczby odbiorców. A warunki były ku temu niesprzyjające. Moje najbliższe otoczenie zaczynało już patrzeć na mnie z politowaniem – co zdecydowanie nie pomagało. Miałam jednak w sobie spokój, że muszę robić swoje i to w końcu kiedyś „pyknie”.

- No właśnie: zaledwie dwa lata później nagrałaś singiel „Podpalimy świat”, który stał się hitem. Co się zmieniło przez ten czas?
- Myślę, że tutaj znowu zadziałał korzystny układ gwiazd. To był odpowiedni czas i odpowiedni ludzie. I ten nieuchwytny pierwiastek – szczęście. Po przygodzie z „The Voice” odezwał się do mnie producent Piotr Siejka, potem było spotkanie z moim obecnym menedżerem Jackiem Jagłowskim, który we mnie uwierzył i rozpoczęliśmy budowę mojej kariery muzycznej. W efekcie tego podpisałam wymarzony kontrakt i zaczęłam pracować nad piosenkami. Do dziś doskonale pamiętam ten moment, kiedy wsiadałam w autobus i pędziłam co tchu do studia, by nagrywać kolejne utwory na moją pierwszą płytę.

- Kolejne lata pokazały, że świetnie sobie radzisz w kooperacji z innymi twórcami. Jakie cechy charakteru ci w tym pomagają?
- Wchodząc do studia z innymi ludźmi, chcę się wymieniać doświadczeniami, słuchać innych historii, rozmawiać o muzyce jak o żywej materii, ale też dobrze się bawić i spędzić wspólnie dobry czas. Do tego w ostatnich latach zaczęłam również patrzeć na tworzenie piosenek pod kątem marketingowym. Fascynuje mnie to, jak pewne koncepcje na temat tego, co się może stać przebojem, zmieniają się. To nieustanne poszukiwanie złotego środka. Analizowanie sposobu produkcji i promocji danej piosenki.

- Lubisz kolektywną pracę nad muzyką?
- Jeszcze 10-15 lat temu piosenkę pisały u nas zazwyczaj 1-2 osoby. A obecnie te grupy rozrastają się do kilku czy kilkunastu osób. Kolektywne tworzenie jest już jak najbardziej powszechne. Wystarczy zerknąć na opisy znajdujące się na okładkach płyt zagranicznych wykonawców. Ja to doskonale rozumiem, bo spędzanie ze sobą czasu w studiu to nie tylko praca, ale też świetna zabawa. Dlatego dążę do tego, aby współpracować z ludźmi, którzy podobnie podchodzą do pisania piosenek, mają podobne do mojego poczucie humoru czy spojrzenie na świat. Fajnie jest jednak też czasem, kiedy mamy lekko inne zdanie, bo wtedy możemy się konstruktywnie pokłócić.

- Równie dużą popularność jak własne piosenki przyniosło ci tworzenie przebojów dla innych wykonawców, choćby Roksany Węgiel czy Viki Gabor. To było możliwe dzięki tej wiedzy, którą zdobyłaś przez niemal dekadę działalności w naszym show-biznesie?
- Zawsze podkreślam, że pisanie dla innych artystów to tylko moja poboczna działalność. Ale oczywiście jestem bardzo wdzięczna, że mogłam takie hity współtworzyć. Współtworzyć – bo nie robiłam tego sama. Na pewno, oczywiście, był to też świadomy element budowania własnej kariery, ale dopiero gdzieś na drugim czy trzecim miejscu. Najważniejsza zawsze jest prawda o danym artyście i historia, którą chcemy wspólnie przekazać. Bo ten artysta musi potem wyjść na scenę i obronić swój numer, będąc w stu procentach autentycznym. To jest absolutny priorytet.

- Każdy twój album jest trochę inny. Jesteś muzycznym kameleonem?
- Źródłem tych przemian jest moje muzyczne wychowanie. Odkąd pamiętam, słuchałam bardzo rożnej muzyki. Rodzice szprycowali mnie piosenkami z lat 60. i 70. Moja starsza siostra dołożyła do tego muzykę z lat 80. i 90., na czele z hitami z MTV. Kiedy sama zaczęłam odkrywać pop i rock, okazało się, że pociągają mnie gitarowe brzmienia. Mam na kasecie VHS nagranie, na którym jako mała Gosia, trzymam w ręku kasetę grupy Hey, chodzę po pokoju i denerwuję moją siostrę, śpiewając piosenkę „Misie”. Z jednej strony miałam wtedy w sobie wielką miłość do polskiej sceny rockowej, a z drugiej przerobiłam wszystkie ówczesne klasyki Aerosmith, Guns N’ Roses czy Nirvany. Byłam jednak również absolutnie zakochana w popowych wokalistkach, od Britney Spears po Alanis Morissette, która jest do dziś moją absolutną idolką. Ten eklektyzm mojego muzycznego wychowania sprawił, ze zaczęłam w 2015 roku od electro-popu, ale ciągle sięgam po różne środki wyrazu.

- Trzy nowe twoje piosenki – „Niewygodne”, „Niedziela” i „List” – pokazują, że zwracasz się w stronę niemalże indie rocka. To za sprawą tych młodzieńczych fascynacji?
- Na pewno. Najbardziej to wychodzi na koncertach. Znalazłam w tej materii dobrą nić porozumienia z kierownikiem muzycznym mojego zespołu – Kubą Krupskim. Jesteśmy oboje wielkimi fanatykami rocka i Beatlesów. To ma wpływ na to, jak wypadam w wersji koncertowej, ale i na to, co razem tworzymy. Fajnie, że mogę teraz eksplorować też taką swoją stronę. To jest moja prywatna krucjata, aby sprawić, żebyśmy się nie zamykali w swoich małych i ciasnych szufladkach, tylko po prostu eksplorowali muzykę na wszystkie strony.

- Nie obawiasz się, że twoi fani nie nadążą za zmianami w twojej muzyce?
- Mam to szczęście, że moi fani świetnie reagują na to, co im proponuję. Przyzwyczaiłam ich, że za każdym razem mogą spodziewać się ode mnie trochę czegoś innego. Jestem im za to bardzo wdzięczna, że mają tak otwarte głowy i serca, bo to mnie bardzo uskrzydla.

- Te trzy nowe piosenki pokazują, że lubisz pisać teksty, które nie są o niczym. Trudno napisać coś osobistego i wynikającego z własnych przeżyć, co jednocześnie trafi do szerokiej publiczności?
- Ja się śmieję, że moje piosenki powinny mieć podtytuł: „Lanberry o relacjach – odcinek 58”. (śmiech) Ponieważ rzeczywiście ta sfera życia mnie bardzo fascynuje i chyba nigdy nie przestanie. To wynika z moich własnych doświadczeń, które są dla mnie czasem bardzo bolesnymi lekcjami. Dlatego lubię pisać o dynamice związków. Najczęściej są to opowieści o moich doświadczeniach, ale czasem też zasłyszane historie lub jakieś hybrydy jednego z drugim. Nie mam jednak w swoim repertuarze takiej piosenki, która byłaby totalnie wymyślona. Każda ma odniesienie do mojego życia lub do życia osób, które znam.

- Twoje życie prywatne nie jest wolne od różnych zawirowań. Jaki ma to wpływ na twoją karierę?
- Nigdy tego nie analizowałam. Dałeś mi teraz do myślenia. Czy miało to jakieś bezpośrednie przełożenie? Pewnie tak. Mierzenie się z jakimś stresem z życia prywatnego jest nieodłącznym elementem tej drogi. Bo wiadomo: musimy się czasem uśmiechać na scenie, kiedy tak naprawdę chce się nam płakać. Kiedy coś głęboko przeżywamy, od razu nasza energetyka jest inna i nawet jak będziemy udawać, że nic się nie stało, to i tak to będzie wpływało na nasz występ. Mimo tego jest to wciąż moja ukochana praca. I jest moim priorytetem. Muzyka jest całym moim światem.

- Kiedyś powiedziałaś: „Muzyka wiele razy ratowała mi tyłek”. Co to znaczy?
- Na pewno to, że muzyka daje mi możliwość, by wyrzucić z siebie cały ten emocjonalny szlam, który się we mnie zbiera i przekuć go na historie, które mogę opowiedzieć w melodii i w tekście. Poza tym muzyka jest dla mnie bezpiecznym miejscem. Scena to mój drugi dom. Kiedy jest zima i nie mogę wyjść tak jak w sezonie letnim z koncertami do ludzi w Polskę, to aż przebieram nogami z niecierpliwości.

- Za co tak kochasz występy?
- Co roku w lecie mamy tyle wspaniałych zaskoczeń przy okazji koncertów, że nie możemy się ich ponownie doczekać. I to w każdym miejscu, w dużych i w małych miastach. Dzięki temu odkrywamy zakątki, do których nigdy byśmy nie trafili. Spotykamy wspaniałych ludzi, którzy dają nam tak pozytywną energię, jak nic innego. Dlatego muzyka jest dla mnie azylem, w którym niebywale ładuję akumulatory.

- Jak będzie wyglądało ładowanie akumulatorów za pomocą twojej nowej płyty, którą planujesz na przyszły rok?
- Nie wiadomo, może jeszcze ukaże się w tym roku. Jej zapowiedzią są te trzy piosenki, które już miały swoją premierę, ale też jedna piosenka przedpremierowa, którą gramy regularnie od pewnego czasu na koncertach – „Okna bez firanek”. To mocny kandydat na nowego singla. Nagrania te wyznaczają kierunek, w którym podążam. Obiecałam, że w tym roku będzie sporo mojej muzyki – i dotrzymuję słowa.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.