Kwadratura kuli. „The Crown”: O koronie, czyli déjà Miś

Czytaj dalej
Zbigniew Bartuś

Kwadratura kuli. „The Crown”: O koronie, czyli déjà Miś

Zbigniew Bartuś

Sto milionów widzów we wszystkich krajach świata - z wyjątkiem Syrii, Chin, Korei Północnej i części Ukrainy - ogląda w ostatnich tygodniach serial „Korona”. Obsada zapiera dech, jedną z kluczowych ról gra zdobywca Złotych Globów, dwukrotnie nominowany do Oscara.

Producenci, którzy wyłożyli pieniądze na reżysera, aktorów, konsultantów historycznych, scenografów i tysiące innych fachowców oraz dekoracje, kostiumy itp. - działają dla zysku. Każdy odcinek „Korony” - a nakręcono ich 20 - kosztował między 20 a 30 milionów złotych. Dla porównania: Polski Instytut Sztuki Filmowej w całym 2017 roku przeznaczył na wsparcie krajowej produkcji filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych 94 mln zł. Co wystarczyłoby na góra cztery odcinki „Korony”. A ma ich być w sumie 60.

Państwo już doskonale wiedzą, że ja tu nie piszę o „Koronie królów”, zwanej na poważnie przez TVP „jednym z najbardziej hitowych seriali ostatnich lat”. Piszę o „Koronie”, „The Crown”, brytyjsko-amerykańskiej superprodukcji tworzonej m.in. przez Sony Pictures dla platformy internetowej Netflix.

Porównywanie tego serialu z „Koroną królów”, której odcinek kosztuje ponoć 220 tys. zł, nie ma oczywiście sensu. Trzeba by się niemiłosiernie pastwić - a zrobiło to już jakieś 20 milionów Polaków. Owszem, pokusa jest, bo jako niepoprawny płatnik abonamentu na telewizję publiczną (czyli coś, czego w Polsce NIE MA) oraz patologicznie uczciwy podatnik wspierający sowicie propagandowo-discopolową hucpę pana Kurskiego, mam prawo wymagać. Jednakowoż musiałbym napisać, że „Korona” różni się od „Korony królów” tak, jak demokracja od demokracji ludowej, albo krzesło od krzesła elektrycznego. Porównanie do krzesła elektrycznego jest o tyle trafne, że, próbując śledzić kolejne odcinki kostiumowej telenoweli, czułem się jak skazaniec. Porównanie do demokracji ludowej jest jeszcze celniejsze. My się tu naprawdę nie dowiadujemy niczego o Piastach. My się tu za to dowiadujemy wiele o iście peerelowskim stanie umysłu części władzy i osób okupujących tzw. media narodowe.

Nie chodzi mi o samą telenowelę, która trzyma poziom większości tego typu gniotów emitowanych w pięciuset kanałach TV. Chodzi o otoczkę oraz rzekomy cel przyświecający tej produkcji. A jest nim, a jakże, umacnianie tożsamości narodowej, kreowanie postaw patriotycznych. Słyszymy, że ten serial odpowiada żywotnym potrzebom społeczeństwa. Że to jest serial na skalę naszych możliwości. Że my otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo.

Istne déjà Miś! Obawiam się, że ilość frazesów, którymi ludzie władzy wypełniają przestrzeń publiczną, uderzy w patriotyzm Polaków. Licealiśći już się z fanfaronady śmieją, jeszcze młodsi - szydzą. W sztuce, zwłaszcza filmowej, zadęcie przynosi zawsze skutki opłakane. Proszę spróbować sobie wyobrazić, jak producenci „The Crown” siadają z Johnem Lithgowem (który gra Churchilla) i debatują, jak tu pokazać Windsorów i Downing Street, żeby rodzimą młodzież wychować w duchu patriotycznym, a świat uświadomić w kwestii potęgi imperium. Potem posągowo sieriozny Lithgow-Churchill wygłasza drewniane mowy do równie napompowanego słusznością Jerzego VI, który ma nad głową aureolę, za to żadnych, ale to żadnych problemów z jąkaniem. Produkty ich metabolizmu zabierają anioły.

Nie. „Netflix” nie zamówił takiego serialu. Zamówił ambitne arcydzieło będące możliwie blisko historycznej prawdy. Widzimy rodzinę królewską w sytuacjach wzniosłych, ale głównie kłopotliwych, intymnych, czasem żenujących. Zawsze zaskakująco ludzkich. Widzimy imperium w rozkwicie - ale i w kłopotach, i w upadku. Zapewne Prawdziwi Brytyjczycy stwierdzą, że to jest serial antybrytyjski, zrobiony na zamówienie wrogów. Ale nie oni rządzą BBC, nie oni zamawiają dla Netfliksa. Dlatego tam powstają arcydzieła, a my wróciliśmy do krainy „Misia”.

PS. Netflix ogłosił, że sfinansuje polskojęzyczny serial. Reżyserować będą Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, czyli - według „prawdziwych patriotów” - „wrogowie polskości”.

Zbigniew Bartuś

Wolność jest w nas

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.