Kwadratura kuli. O kasie, czyli dzień urlopu wart ministra

Czytaj dalej
Zbigniew Bartuś

Kwadratura kuli. O kasie, czyli dzień urlopu wart ministra

Zbigniew Bartuś

Ralph Hamers, prezes potężnej holenderskiej korporacji finansowej ING Group, zarabiał dotąd 2 mln euro rocznie, ale 10 dni temu władze firmy oświadczyły, że dorzucą mu kolejny milion. W Kraju Tulipanów, położonym rzut kamieniem od egalitarnej Skandynawii, trwa kampania wyborcza i wszystkie liczące się siły polityczne wyraziły oburzenie tą podwyżką. Minister finansów zagroził uchwaleniem ustawy blokującej rozpasanie banksterów („ING nie jest fabryką ciastek, tylko systemowo ważnym bankiem”), a wściekli klienci zaczęli likwidować konta. I Hamers wymiękł: w środę oświadczył, że podwyżki nie przyjmie. Skąd my to znamy!

W podobnej atmosferze – publicznego potępienia i politycznej paniki – swe kilkudziesięciotysięczne premie zwracają teraz ministrowie polskiego rządu. Równocześnie dowiadujemy się, że Zbigniew Jagiełło,
prezes największego banku nad Wisłą, PKO BP, dostał 798 tys. zł… ekwiwalentu za 70 dni niewykorzystanego urlopu! 11,4 tys. zł za każdy dzień. W sumie zarobił w zeszłym roku ponad 3,3 mln zł, czyli
(licząc same dni robocze)
12,4 tys. zł dziennie.
Wiem. Dla przytłaczającej większości Szanownych Czytelników, podobnie jak dla mnie, są to kwoty totalnie abstrakcyjne. Odruchowo przeliczam dni mego zaległego urlopu przez stawkę prezesa Jagiełły i wychodzi mi z tego
fajne mieszkanie w centrum Krakowa, porsche 911 lub rok wczasów na Bahamach.
Uwolnijmy się jednak od emocji i spójrzmy na to szerzej. W stosunku do przychodów i zysków PKO BP prezes
(i cały zarząd) tej instytucji zarabia mało. Wynagrodzenie Jagiełły pochłonęło nieco ponad promil zysku PKO BP; w innych działających w Polsce bankach na apanaże prezesów idzie 15-krotnie więcej. Ciekawe jest przy tym, w jak nikłym stopniu wynagrodzenia te zależą od osiąganych wyników.
Przez lata absolutnym liderem listy płac był u nas Luigi Lovaglio, prezes Pekao SA, drugiego największego banku nad Wisłą. Po tym jak Włosi z UniCredit sprzedali jedną trzecią udziałów kontrolowanemu przez polski rząd PZU oraz państwowemu Polskiemu Funduszowi Rozwoju, Lavaglio opuścił stanowisko. Na odchodne otrzymał 9,8 mln zł za nieco ponad dwa miesiące pracy (za cały 2016 r. wziął 8,3 mln zł, w tym milion zł „rozłąkowego”). Jego następca, Michał Krupiński, zarobił za niespełna 7 miesięcy
1,1 mln zł, czyli wielokrotnie mniej niż Włoch, a za jego urzędowania bank wyraźnie poprawił wyniki finansowe.
Można rzec, że na tle Europy, a zwłaszcza USA (gdzie apanaże prezesów dobijają do 30 mln dolarów), szefowie największych banków w Polsce zarabiają skromnie. Mimo to raczej nie powinni narzekać. Pies pogrzebany jest bowiem gdzie indziej. Otóż owi prezesi podlegają formalnie premierowi, a w praktyce odpowiedzialnym za nadzór właścicielski ministrom i wiceministrom. Miesięczne zarobki tych ostatnich są niższe od ekwiwalentu za PÓŁ DNIA urlopu prezesa banku.
I z tym trzeba w końcu
coś zrobić. Ale PiS się boi. Pada ofiarą własnego populizmu, którym zatruł głowy gawiedzi. Opozycja używa zaś dokładnie tych samych argumentów, jakimi przed trzema laty szermowali wojowie Jarosława
Kaczyńskiego. Nasza wspólna Polska popada przez to
w coraz większy absurd.

Zbigniew Bartuś

Wolność jest w nas

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.