Andrzej Malik

Krakowski Oddział IPN i „Dziennik Polski” przypominają. Krakowskie manifestacje w II rocznicę porozumień sierpniowych

We wtorek 31 sierpnia spod bramy głównej Kombinatu wyruszyło w pochodzie około trzech tysięcy hutników. Fot. archiwum We wtorek 31 sierpnia spod bramy głównej Kombinatu wyruszyło w pochodzie około trzech tysięcy hutników.
Andrzej Malik

Najtragiczniejszy przebieg miały manifestacje na Dolnym Śląsku, gdzie milicja użyła broni. Śmiertelnie postrzelono w Lubinie trzech, a we Wrocławiu dwóch demonstrantów.

Tłum, praktycznie sami faceci, jak zobaczył zomowców z pałami i tarczami wydał z siebie ogłuszający okrzyk: »HURRA!« I jak to później określono w reżimowej TV »na stróżów porządku ruszyło kilka tysięcy gotowych na wszystko harcowników«. O załapaniu się na miejscówkę w pierwszy lub drugim szeregu nie było mowy” - wspominał jeden z uczestników ulicznych walk.

Nowa Huta – bastion „Solidarności”

W miarę zbliżania się terminu obchodów drugiej rocznicy Sierpnia’80 nasilały się inwigilacja i represje milicyjne wobec robotników podejrzewanych o działalność konspiracyjną. W uzgodnieniu z bezpieką dyrekcja Kombinatu Huta im. Lenina (HiL) oddelegowała 24 osoby „znane z negatywnych postaw” poza teren miasta Krakowa. Czterech znanych działaczy hutniczej „Solidarności” zostało internowanych lub aresztowanych. W przeddzień rocznicowej manifestacji Służba Bezpieczeństwa zatrzymała w Krakowie prewencyjnie na 48 godzin około 60 osób. Funkcjonariusze bezpieki przeprowadzili w tym okresie kilkaset rozmów operacyjnych i profilaktyczno-ostrzegawczych oraz dokonali licznych rewizji lokali mieszkalnych.

Mimo tak szeroko zakrojonych środków, bezpieka nie zapobiegła demonstracji. We wtorek 31 sierpnia po zakończeniu pierwszej zmiany spod bramy głównej Kombinatu wyruszyło w pochodzie około trzech tysięcy hutników. Dwukrotnie liczniejszy tłum oczekiwał na Marsz Hutników na wysokości ulic Struga i Bulwarowej, oddzielony od Centrum Administracyjnego HiL zgromadzonymi na wysokości Zalewu oddziałami ZOMO wspieranymi przez armatki wodne. Po dotarciu hutników do Zalewu zostali oni zaatakowani z armatek i poprzez wstrzeliwane w tłum petardy z gazem łzawiącym. Odpowiedzią na tę agresję był grad kamieni, śrub i kulek łożyskowych, jakie z dwóch stron leciały na funkcjonariuszy i ich pojazdy. Choć milicjantom udało się na chwilę rozproszyć marsz, to hutnicy ominąwszy blokadę osiedlowymi uliczkami połączyli się z demonstrantami przybywającymi z dzielnicy i ponownie ruszyli dalej. Aby uniemożliwić przemieszczanie się pojazdów milicyjnych budowano barykady oraz rozrzucano przygotowane wcześniej kolczatki. Maszerujący dotarli do kościoła „Arka Pana”, gdzie o godz. 16.00 rozpoczęła się Msza św. w intencji Ojczyzny.

W trakcie Mszy esbeccy tajniacy próbowali wmieszać się w 8-10 tysięczny tłum wiernych zgromadzonych na zewnątrz świątyni i zatrzymać chłopców, których najprawdopodobniej rozpoznali, gdy rozrzucali kolczatki. Kiedy ci wezwali pomocy zgromadzonych wokół osób, dwóch tajniaków zostało solidnie poturbowanych, a przed większymi obrażeniami uchronił ich starszy mężczyzna, który wezwał ludzi do „opamiętania się”. Po zakończeniu Mszy wierni wychodzący z kościoła uformowali pochód kierujący się pod Krzyż Nowohucki, który próbowały rozproszyć oddziały ZOMO zgromadzone na skrzyżowaniu ulic Majakowskiego i Kocmyrzowskiej. Milicjanci zostali jednak zmuszeni do ucieczki. W niezwykle obrazowy sposób opisał to wydarzenie Jerzy Mohl, jeden z bohaterów książki „Gaz na ulicach” Macieja Gawlikowskiego i Mirosława Lewandowskiego:

„Biegliśmy z moim bratem może w 7 lub 8 szeregu na domiar złego, kiedy padła salwa powitalna z trzeciego szeregu zomowców (dwa pierwsze były z tarczami i pałami) w stronę obrońców władzy ludowej poleciał dosłownie deszcz kamieni i śrub, a co najgorsze niektóre z nich leciały dość płaskim torem bo ci co rzucali albo nie przyłożyli się do rzutu, albo rzucili za wcześnie. Mimo, że groził nam postrzał z własnych szeregów nikt się tym specjalnie nie przejmował, i tłum pędził ku zomowcom co sił w nogach. Nie pomogły tarcze i pały ani kolejna salwa, szeregi milicji zostały dosłownie zmiecione. Ponieważ byliśmy stosunkowo daleko, więc szansa na starcie bezpośrednie nie istniała, widziałem jak w powietrzu fruwają fragmenty mundurów i chyba tarcze. Kiedy dobiegałem do torowiska zobaczyłem zomowca, który wisiał na siatce rozdzielającej linie tramwajowe”.

Transportery opancerzone SKOT i armatki wodne próbowały rozpędzić zgromadzonych na skrzyżowaniu, ale i te pojazdy musiały czmychnąć przed rzucanymi przez demonstrantów „koktajlami Mołotowa”. Na kilka godzin ten obszar dzielnicy został oswobodzony. Demonstranci na skrzyżowaniu zbudowali barykadę, m.in. łącząc pantografami dwa tramwaje. Odśpiewany został hymn Polski.

Walki w Nowej Hucie trwały do późnych godzin nocnych. Około godz. 22.00 barykada została zaatakowana z trzech stron przez kolumny pojazdów ZOMO. Pojazdy opancerzone z trudem ją rozbiły i przerwały łańcuchy łączące tramwaje. Demonstranci rozpierzchnęli się w mniejszych grupach po osiedlach, gdzie kontynuowali walkę budując kolejne barykady na Rondzie Kocmyrzowskim, Rondzie Bieńczyckim oraz na skrzyżowaniu Alei Róż z ul. Żeromskiego. Wcześniej około godz. 20.45 kilkusetosobowa grupa zaatakowała i podpaliła IV Komisariat MO na os. Złota Jesień. Posiłki wezwane przez ukrywających się w Komisariacie funkcjonariuszy do godz. 2.00 w nocy nie potrafiły opanować sytuacji.

W trakcie walk w Nowej Hucie obrażenia odniosło około 100 funkcjonariuszy ZOMO i SB. Liczbę poszkodowanych cywili autorzy niezależnej prasy oceniali na ok. 100-150 osób. Wielu z nich ucierpiało na skutek uderzeń petardami wystrzeliwanymi przez zomowców wprost w demonstrantów. W ten sposób ucierpiał przewieziony do Instytutu Pediatrii w Prokocimiu 7 letni chłopiec, któremu groziło usunięcie nerki po otrzymanym postrzale petardą. Dwa tygodnie w Instytucie Neurologii spędził Józef Jurczyk, który doznał rany szarpanej głowy z otwartym złamaniem kości pokrywy czaszki. W relacjach wielu uczestników tych wydarzeń przebija się jednak satysfakcja, gdy powtarzają, iż podczas tej manifestacji „po raz pierwszy zobaczyli plecy uciekających zomowców”.

Kwiaty na Rynku i piórko z kapelusza

Gorąco pod koniec wakacji było nie tylko w Nowej Hucie. W środę, 25 sierpnia na Rynku Głównym opozycjonistom przebranym w robotnicze ubrania udało się zamontować tablicę z napisem „Nie oddamy Sierpnia”. Choć bezpieka jeszcze tego samego dnia wieczorem tablicę usunęła, to akcja została tak nagłośniona, że ludzie i tak składali kwiaty w miejscu z którego ją usunięto między Wieżą Ratuszową, a tablicą upamiętniającą przysięgę Kościuszki.

Również w dzień II rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych, 31 sierpnia, wychodzący z Mszy św. w Bazylice Mariackiej ludzie zaczęli składać tam kwiaty. Bukiety układano w kształcie krzyża, co być może prowokowało zgromadzone wokół oddziały ZOMO do prób pacyfikowania niesfornego tłumu. Jak zeznawali później funkcjonariusze bezpieki, krążący po cywilu udając gapiów, w tłumie zgromadzonym ok. godz. 18.00 na Rynku Głównym w pobliżu płyty Tadeusza Kościuszki wyróżniało się trzech mężczyzn, których uznano za prowodyrów. Jeden z esbeków, „pracujący na odcinku ochrony środowiska Kultury i Sztuki” ppor. Tadeusz Flaga, rozpoznał wśród nich twórcę kabaretu „Piwnica pod Baranami” Piotra Skrzyneckiego. Demonstranci wznosili pod adresem milicjantów okrzyki „gestapo” i nie reagowali na wezwania do rozejścia się. Jak twierdził funkcjonariusz bezpieki, tłum rozpędzany przez oddziały ZOMO ponownie gromadził się wokół Skrzyneckiego i jego dwóch kolegów. Ppor. Flaga wraz ze swoim partnerem kpt. Andrzejem Więckowskim zdecydowali, iż muszą zatrzymać trzech „prowodyrów”. Ci jednak zdołali uciec ul. Bracką, kierując się w stronę ul. Gołębiej.

Niestety kilka godzin później, około godz. 22.00, dwaj towarzysze Skrzyneckiego mieli pecha natrafić na swoich prześladowców z bezpieki na Dworcu Głównym, w trakcie oczekiwania na pociąg do Warszawy. Zostali zatrzymani, a po wylegitymowaniu okazało się, że „prowodyrami zbiegowiska” byli kompozytor Zbigniew Preisner i reżyser Antoni Krauze. Artyści noc spędzili w areszcie śledczym przy ul. Mogilskiej. Nie stracili rezonu żądając, aby umieścić ich w jednej celi z Piotrem Skrzyneckim. Został on zatrzymany rano 1 września we własnym domu, skierowano go jednak do innej celi. Jak opowiadał później Zbigniew Preisner, krakowski twórca odegrał się na swoich prześladowcach. Kiedy bowiem całą trójkę zwalniano z aresztu i wydawano rzeczy osobiste, Skrzynecki stwierdził, że nigdzie nie pójdzie dopóki nie odnajdzie się piórko, które zginęło z jego kapelusza. Według autora relacji milicjanci próbowali złapać jakiegoś gołębia, a gdy wreszcie im się udało zdobyć ptasie piórko, Pan Piotr miał oznajmić… iż jego własność była w innym kolorze. Dopiero po otrzymaniu pióra we właściwym ubarwieniu uznał ze spokojem, że „może iść na wódkę”.

Z oficjalnych dokumentów wynika, że trzej artyści stanęli przed kolegium ds. wykroczeń dzielnicy Kraków-Śródmieście. Ogółem ostatniego dnia sierpnia zatrzymanych zostało 259 osób. Osoby przetrzymywane w areszcie Komendy Dzielnicowej Kraków-Nowa Huta były bite pałkami w trakcie przechodzenia tzw. ścieżki zdrowia. W skali całego kraju zorganizowano demonstracje w 66 miejscowościach. Zatrzymanych zostało 5131 osób. Zginęło osiem osób. Najtragiczniejszy przebieg miały manifestacje na Dolnym Śląsku, gdzie milicja użyła ostrej amunicji, w wyniku czego śmiertelnie postrzelono w Lubinie trzech, a we Wrocławiu dwóch demonstrantów.

Andrzej Malik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.