Kobieta w zielonym bugatti. Tamara Łempicka w Muzeum Narodowym w Krakowie

Czytaj dalej
Fot. Anna Piątkowska
Anna Piątkowska

Kobieta w zielonym bugatti. Tamara Łempicka w Muzeum Narodowym w Krakowie

Anna Piątkowska

„Nie ma cudów, jest tylko to, co stworzysz” – mawiała. I tworzyła portrety, które wieszali w salonach arystokraci i zamożni mieszczanie. Za honoraria kupowała luksusową biżuterię. Tworzyła też własny wizerunek, na długo przed tym, zanim pojawili się celebryci i ścianki, Instagram i plotkarskie serwisy. Najdroższa malarka na świecie i najbardziej rozpoznawalna polska artystka (w konkurencji artystów w ogóle, nie tylko kobiet). Tamara Łempicka. Ponad trzydzieści prac malarki można zobaczyć w najbliższych miesiącach w Muzeum Narodowym w Krakowie. Kim była królowa art deco?

Tamara w zielonym bugatti

„Autoportret w zielonym bugatti”, namalowany przez Tamarę Łempicką w 1929 roku, to najpopularniejsze i najczęściej reprodukowane dzieło malarki. Obraz powstał na zlecenie niemieckiego pisma dla kobiet „Die Dame”.

Porcelanowa cera, regularne rysy, jasne, zimne, niemal lodowate oczy i czerwona szminka na ustach. Kobieta patrząca daleko przed siebie, w przyszłość. Niezależna, wyzwolona i tajemnicza. Nowoczesna, choć przywodząca na myśl antyczne rzeźby. Jeden z krytyków pisał: „modelki Tamary de Łempickiej to kobiety nowoczesne. Nie znają hipokryzji i wstydu w kategoriach moralności burżuazyjnej. Są opalone i ogorzałe od wiatru, a ich ciała sprężyste jak ciała Amazonek”.

„Autoportret w zielonym bugatti” dziś jest sztandarowym przykładem malarstwa art deco i egzemplifikacją tego, jak Łempicka kreowała swój wizerunek. Była taka, jak kobiety na jej obrazach.

- Portretowała kobiety tak, jak chciały być zapamiętane. Siebie też. W „Autoportrecie w zielonym bugatti” namalowała siebie w najbardziej luksusowym aucie tamtych czasów. Tamara takiego nie miała, jeździła żółtym renaultem, ubierając się do niego na żółto. Mówiła, że ona i auto, to jedno. Jednak do obrazu wybrała bardziej luksusowe auto. Tak chciała być postrzegana, jako pewna siebie kobieta, patrząca w przyszłość, zamożna i niezależna – wyjaśnia Marisa de Lempicka, prawnuczka artystki.

Dziś takie działania określa się sformułowaniem „personal branding”, czyli budowanie marki osobistej. Kreowanie wizerunku ma zwiększyć wartość na rynku, poświęca się temu całe strategie. Tamara Łempicka miała tę umiejętność w małym palcu.

„Dziewczyna w zieleni”

- Tamara od dziecka lubiła być w centrum zainteresowania. Lubiła być podziwiana. Kiedy była małą dziewczynką, jeszcze w Warszawie, mama i babcia zabierały ją na koncerty, zastanawiała się, czy by nie zostać pianistką. Podobało jej się uznanie dla muzyka, jakie otrzymuje po koncercie. Wzięła nawet kilka lekcji, ale szybko okazało się, że nie ma specjalnie talentu w tym kierunku. Kiedy zdecydowała, że będzie malować, robiła wszystko, by zyskać płatne zamówienia. Zorientowała się, że będąc gwiazdą, uzyska ich więcej. Więc te kreacje, ubrania, prasa miały temu służyć, z drugiej jednak strony zaspokajały jej potrzebę bycia gwiazdą – mówi Victoria de Lempicka, wnuczka malarki.

Kreowała się więc na gwiazdę i podobno rzeczywiście mylono ją niekiedy z Gretą Garbo. Kiedy po ucieczce z Rosji, w 1918 roku przyjechała do Paryża, zmuszona była podjąć pracę. Malarstwo wydało jej się najłatwiejszą drogą do zarobkowania. By znaleźć klientelę, bywała w kawiarniach, na przyjęciach, wynajęła też mieszkanie w modnej dzielnicy Montparnasse.

Ale, niewątpliwie, miał w sobie także to coś. Jej wnuczka, wspominając znacznie późniejsze czasy, mówiła:

- Kiedy byłyśmy razem w Nowym Jorku i przechadzałyśmy się ulicą, podeszła do nas kobieta, która chciała od Tamary autograf. Byłam zdziwiona, że ktoś ją rozpoznaje, zapytałam więc, czy wie, kim jest Tamara. Myślałam, że być może pomyliła ją z Gretą Garbo, ponieważ Tamara była trochę do niej podobna. Ta kobieta odpowiedziała, że nie ma pojęcia, kim jest Tamara, ale musi być kimś. Jej sposób bycia wytwarzał taką aurę. A był to Nowy Jork, gdzie osób znaczących i ekscentrycznych można spotkać wiele.

Swoją legendę tworzyła także, kreując się na genialną malarkę o samorodnym talencie.

- To nieprawda. Łempicka miała zaplecze malarskie, przede wszystkim ze szkoły kubistycznego malarza André Lhote`a w Académie de la Grande Chaumière w Paryżu. Związki z jego twórczością są widoczne w manierystycznych portretach Łempickiej. Ale dużo prawdy jest też w tym, że była bardzo wyczulona na sztuki piękne, jej nauka polegała więc także na tym, że poznawała działa dawnych mistrzów. Tu niewątpliwy jest wpływ malarzy włoskiego renesansu i baroku – wyjaśnia Światosław Lenartowicz, kurator wystawy poświęconej Łempickiej w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Sama o swojej twórczości malarskiej mawiała, że tworzy obrazy „gustowne”, takie, jakie podobają się innym.

- Niezależnie od tego, że malarstwo portretowe Łempickiej stanowiło biznes artystyczny, udało jej się stworzyć galerię postaci opowiadającą o dekadenckim świecie „szalonych” lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku – dodaje kurator.

„Piękna Rafaela”

„Malowałam królów i prostytutki. Tych, którzy są dla mnie inspiracją i powodują, że czuję wibracje” – mówiła Tamara Łempicka.

Biseksualna artystka znana była ze swoich romansów z modelkami i modelami. Wypatrywała ich wszędzie, gdzie bywała.

Tak zresztą pisała na temat powstania obrazu „Adam i Ewa” z 1932 roku:

"Byłam w mojej pracowni w Paryżu i malowałam tę dziewczynę, doskonałą piękność, klasyczną. Ona chodziła zupełnie naga i podeszła do dużego stołu, na którym były owoce, pięknie ułożone. Spytała „czy mogę wziąć jabłko?”. Odparłam „naturalnie, śmiało”. Wzięła jabłko i podniosła do ust. A ja powiedziałam „nie ruszaj się, wyglądasz jak Ewa. Potrzebny nam Adam”. I wtedy przypomniałam sobie, że ulicę przy której był mój dom patroluje pewien policjant. Powiedziałam, „poczekaj chwilę”. Wyszłam z pracowni i zobaczyłam policjanta. Podeszłam do niego i powiedziałam „jestem malarką. Zna mnie pan?”. Odpowiedział „o tak, znam panią i mam reprodukcje pani obrazu”. A ja powiedziałam „czy przyszedłby pan mi pozować do obrazu?” Spytał „kiedy?”. „Jutro” odparłam. „Przyjdę”. Nie mogłam uwierzyć."

Z kolei pulchną brunetkę, bohaterkę portretów „Piękna Rafaela” czy „Czerwona sukienka” malarka poznała w kawiarni w Ogrodach Luksemburskich. Łempicka namalowała kilka jej aktów, przez długi czas mówiła też, że Rafaela jest jej najpiękniejszą modelką. A córka Tamary Łempickiej, Kizette pisała: „Pożądanie jest tu namacalne, Tamara pożądała tej kobiety”.

Obraz „Piękna Rafaela” uznawany jest za jeden z najlepszych aktów Łempickiej i jeden z najważniejszych XX stulecia. Ale wynikające z tych artystycznych fascynacji romanse, położyły się cieniem na małżeństwie Łempickiej. Na początku paryskiej kariery, modelką malarki została sąsiadka z Montparnasse, Ira Perrot. Tajemnicza brunetka jest bohaterką kilkunastu obrazów, na blisko dekadę stała się także partnerką malarki. Zdaniem męża artystki, Tadeusza Łempickiego, Ira była wielką miłością Tamary.

„Niedokończony mężczyzna”

Elegancki mężczyzna w czarnym płaszczu i białym szalu, gotowy jest do wyjścia. Być może wybiera się do paryskiej opery. A może gotowy, by wyjść i rozpocząć nowe życie?

Portret z 1928 roku przedstawia Tadeusza Łempickiego, pierwszego męża Tamary. Wypatrzyła go na balu maskowym, a ich ślub stał się wydarzeniem towarzyskim w Sankt Petersburgu. Jeszcze w tym samym roku na świat przyszła Maria Krystyna, nazywana Kizette, jedyne dziecko Tamary Łempickiej. Dwa lata później kończy się sielanka, Łempiccy muszą uciekać z Rosji przed rewolucją. Małe mieszkanie, jakie początkowo zajmowali w Paryżu, brak zajęcia, niepewność przyczyniły się do kryzysu w ich małżeństwie.

- Obraz nosi podtytuł „Niedokończony mężczyzna” i rzeczywiście portret jest niedokończony. Został namalowany w okresie nieporozumień małżeńskich. Niedokończona jest dłoń, na której powinna się znajdować obrączka, ale brakuje na nim także sygnatury malarki – wyjaśnia kurator krakowskiej wystawy.

Tadeusz, nie pozwolił dokończyć na obrazie lewej ręki. Nigdy więcej też nie pozował Tamarze. A małżeństwo wkrótce zakończyło się rozwodem. Niedługo też Łempicki ożenił się z Ireną Malinowską ze Spiessów, córką warszawskiego milionera. Podobno nie wytrzymał romansów żony. Wkrótce także ona wyszła ponownie za mąż, za dziedzica austriackiego imperium browarniczego, barona Raoula Kuffnera, ale rozstanie z Tadeuszem przypłaciła depresją, wielokrotnie podkreślała, że był mężczyzną jej życia.

„Kizette w różu”

Córkę Kizette przedstawiła na obrazach tak, jak swoje modelki. Legenda głosi, że kiedy dziewczynka nie mogła wytrzymać wielogodzinnego pozowania, babka strofowała, ją, by siedziała spokojnie, bo kiedyś obrazy z jej wizerunkiem będą wisiały w muzeach.

Po rozwodzie rodziców Maria Krystyna pozostała przy matce, choć właściwie to nie do końca zgodne z prawdą. Faktycznie, szybko trafiła do szkoły z internatem. Niewiele osób wiedziało, że Tamara Łempicka ma dziecko, Kizette miała się do niej zwracać po imieniu. Przedstawiana była zaś jako siostra. Nigdy nie miały serdecznych relacji, po latach, Tamara chciała, by Kizette poświęciła się opiece nad nią. Jednak w tym czasie, córka Tamary opiekowała się chorym na nowotwór mężem.

„Uchodźcy”

„Byłam bardzo przygnębiona” – mówiła Tamara Łempicka w 1979 roku japońskiej dziennikarce. - „Pójdę do katolickiego klasztoru. Zostanę zakonnicą. I wtedy będę malować. Ale nie chcę wystawiać, niepotrzebny mi sukces. Depresja, załamanie nerwowe, depresja. Byłam we Włoszech i zapytałam, „gdzie jest klasztor?". A oni powiedzieli, „ależ tu, w Parmie, to całkiem blisko". Znalazłam klasztor i zwróciłam się do zakonnic. A one powiedziały: „Usiądź moje dziecko". To było takie miłe, że powiedziały do mnie „moje dziecko". Byłam bardzo przygnębiona i czekałam, może z 10 minut, może ze 20. Nie wiem. I następnie zobaczyłam starszą panią, która podeszła do stołu i to była ona. To była matka przełożona. Powiedziała „dziecko, matka przełożona jest tutaj". Poprosiłam, żeby przyjęła mnie do klasztoru. Ale nagle zapragnęłam namalować tę fantastyczną twarz, utrwalić wyraz twarzy tej kobiety. W jej oczach było cierpienie”.

Tak powstał obraz niezwykły w dorobku malarskim Łempickiej - „Matka przełożona”. Portret starszej zakonnicy niesie w sobie ogromne pokłady emocji. Jest całkowitym przeciwieństwo tego, co malowała zazwyczaj, czyli obojętnych, lodowatych niemalże kobiet w sztucznych, manierystycznych pozach, kreślonych jasnymi, klarownymi kolorami. Malowała go przez kilka lat i zachowała dla siebie.

W podobnym tonie utrzymane są obrazy zatytułowane „Uchodźcy” i „Ucieczka (Gdzieś w Europie)”. Pociągnięcie pędzla charakterystyczne dla stylu Łempickiej, ale tonacja i temat odległy od prac, które przyniosły jej sławę i pozycję.

- Łempicka była emigrantką. Najpierw musiała uciekać z Rosji po rewolucji, II wojna światowa sprawiła, że ponownie stała się emigrantką. Była wyczulona na biedę, bała się biedy. Widziała, jak z dnia na dzień można stracić majątek i status społeczny – wyjaśnia Światosław Lenartowicz. - W latach czterdziestych angażowała się w pomoc dla Europy.

Jej prawnuczka wspominała, że Tamara Łempicka obiecała sobie, że za każdy sprzedany obraz kupi sobie diamentową bransoletkę, aż do momentu, gdy będzie miała ich tyle, że cała ręka od nadgarstka do łokcia pokryje się diamentami. Widać to na niektórych zdjęciach malarki. Kosztowności były też zabezpieczeniem, można było je sprzedać.

„Moje życie nigdy nie było konwencjonalne”

Takie zdanie miała powiedzieć osiemdziesięcioletnia malarka. Swoją biografię też stworzyła tak, jak chciała, by ją zapamiętano.

Do dziś życiorys Tamary Łempickiej pozostaje zagadką. Wiadomo, że sfałszowała metrykę, by wymazać ze swojej biografii Rosję, bo to tam się urodziła Tamara Rozalia Gurwik-Górska vel Łempicka vel baronowa Kuffner. W Moskwie lub Sankt Petersburgu, a nie jak pisała w dokumentach Warszawie. Przy okazji też nieco się odmłodziła. I, najprawdopodobniej, zmieniła też imię, na świat przyszła jako Rozalia.

Kolejna legenda dotyczyła pochodzenia. Była córką Malwiny z domu Dekler, pochodzącej ze zasymilowanej żydowskiej rodziny i mecenasa Borysa Gurwik-Górskiego, o którym mówiła, że był przemysłowcem lub bankierem. Nie wspominała, że był także rosyjskim Żydem. Szybko w ogóle usunęła w niepamięć jego postać. Nie wiadomo, czy Borys Gurwik-Górski porzucił rodzinę, czy popełnił samobójstwo, wiadomo, że dosyć szybko zniknął z życia Tamary. Także wspominając o rodzinie matki, nieco koloryzowała. Deklerowie nie byli rodziną zamożną i ustosunkowaną, ale ich status pozawalał wygodnie żyć.

Aspiracja do wyższych sfer to motyw przewijający się w biografii malarki. Kiedy rozpoczynała karierę w Paryżu, do imienia i nazwiska dorzuciła przyrostek „de”, mający świadczyć o jej arystokratycznym pochodzeniu. Choć dziś, Łempicka jest odbierana jako obywatelka świata, ona sama zawsze podkreślała swoje polskie korzenie.

- Mówiła po polsku z moją mamą, zwłaszcza, gdy chciała, żeby nikt nie wiedział, o czym rozmawiają. - wspomina wnuczka Tamary Łempickiej. - Zawsze przedstawiała się jako polska artystka. Jej polskie korzenie były widoczne także w kuchni, na święta były przygotowywane polskie potrawy. Kiedy zapraszała gości do Hollywood, serwowała mizerię, barszcz, bigos. Przechowywała także medal, który otrzymała w Poznaniu. Nigdy nie wróciła do Polski z powodów politycznych.

„La Muscienne”

Za życia krytycy nie cenili zbyt wysoko jej prac, a późne, wykonywane techniką szpachli abstrakcje w ogóle nie znalazły uznania – niektóre z nich w Krakowie można zobaczyć po raz pierwszy. Nie wiedziała, że zostanie nazwana królową art deco, choć przypomniano sobie o niej w latach siedemdziesiątych, na fali mody na styl art déco. Jednak gdy umierała w 1980 roku, prasa niemal nie odnotowała tego faktu.

Malowany farbami olejnymi na desce „Autoportret w zielonym bugatti” – najbardziej rozpoznawalny obraz Łempickiej, dziś jest własnością prywatnego kolekcjonera. Jak większość dzieł Łempickiej, bo choć osiągają zawrotne ceny, na rynku pojawiają się niezwykle rzadko.

W 2018 roku za rekordową cenę 9 mln 87 tys. 500 dolarów (wówczas stanowiło to ponad 34 mln zł) na aukcji w Nowym Jorku został sprzedany obraz „La Muscienne”. To najwyższa cena, jaką uzyskał obraz polskiego artysty. Wcześniej rekord należał do Stanisława Wyspiańskiego. Za „Macierzyństwo” w 2017 roku dom aukcyjny DESA zainkasował ponad 4 mln zł. Ale „La Muscienne” to niejedyny tak drogi obraz Łempickiej, w 2011 roku jej „Sen” sprzedano za 8,5 mln dolarów. „La Dormeuse” wyceniono na 6,6 mln dolarów, a „Portret Madame M.” na 6,1 mln dolarów. Posiadaniem obrazów Łempickiej w swoich kolekcjach szczycą się Madonna, Barbra Streisand czy Jack Nicholson.

Przeszło trzydzieści prac Tamary Łempickiej można zobaczyć do 12 marca 2023 roku w Muzeum Narodowym w Krakowie. W Gmachu Głównym MNK znalazły się , m.in. „Dziewczyna w zieleni”, „Piękna Rafaela”, „Kizette w różu”, „Niedokończony mężczyzna”, „Matka przełożona” i „Uchodźcy”, a także najpóźniejsze prace abstrakcyjne. Wystawę malarstwa uzupełniają zdjęcia, na których Łempicką sportretowali znani fotografowie oraz filmy.

Anna Piątkowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.