Kardiochirug Karol Wierzbicki: patrząc w lustro nie chcę widzieć twarzy

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Maria Mazurek

Kardiochirug Karol Wierzbicki: patrząc w lustro nie chcę widzieć twarzy

Maria Mazurek

Transplantologia. Słynnego profesora Jana Molla staż w USA wyleczył z magicznego patrzenia na serce. Obiekt naszych natchnień jest tylko zwykłym kawałkiem mięśnia. Czy dr Karol Wierzbicki, jeden z najlepszych polskich kardiochirurgów też tak uważa?

Żadnych wzruszeń pan nie czuje, trzymając je w ręce?

Czuję powagę i respekt, ale to jest respekt przed tym, że zagląda się do wnętrza człowieka. I jak mostek trzeba rozciąć piłą, to nie podchodzi się do tego tak, jak do przecięcia gałęzi. Natomiast w samym mięśniu - oprócz tego, że należy do żywego człowieka - żadnego mistycyzmu, tajemnicy nie ma. Mój dziadek był mistrzem krawieckim. Wydaje mi się, że projektując i szyjąc garnitur, musiał momentami wykazać się większą kreatywnością, sprawnością w szyciu niż my. No bo przeszczepy serca to nie jest najbardziej skomplikowana operacja. Bierze się igłę, nitkę i szyje: duże do dużego, tętnicę płucną do tętnicy płucnej, aortę do aorty, serce na okrętkę. Technicznie łatwiejsze od szycia garnituru.

Tyle że jak krawiec coś popsuje, to najwyżej klient się zdenerwuje.

Mało tego, krawiec może zrobić poprawkę. My nie. Stąd te emocje, ten respekt, których nie potrafię wyłączyć. Choć tak byłoby prościej. Tak sobie czasem myślę, że chirurg powinien być takim nieczułym skur... Bo to jest burza emocji. Jak bardzo musi być pani zdenerwowana, żeby trzęsły się pani ręce?

Bardzo.

A tutaj to jest na porządku dziennym. My na początku nawet zażywaliśmy leki na serce, betablokery, bo ktoś powiedział: ty, jak to się zażywa, to się ręce nie trzęsą. A jak założyłem pierwszy raz okulary powiększające, pożyczone, bo miałem zobaczyć naczynia wieńcowe, to te okulary na mnie się trzęsły. Oczywiście, z czasem człowiek uczy się te emocje wyłączać. Pod warunkiem, że wszystko idzie dobrze.

Widziałam znakomitych chirurgów przy operacji. Żartowali....

To jest maska. Wentyl bezpieczeństwa. Robię to samo. Trochę udaję. Jak jest chwila podczas operacji, że wszystko idzie dobrze, zaczyna się gadać głupoty, żartować. Czasem to nie są żarty wysokich lotów. Czasem robię to przy pacjencie. To jak z samolotem - jak zaczyna trząść, to się patrzy na stewardessy. Jeśli one dalej są uśmiechnięte, to znaczy, że nic złego się nie dzieje. Myślę, że pacjenci podobnie to odbierają. Mówię: „niech pani zadzwoni do męża, że ma dom posprzątać”, a pacjentka ma poczucie, że skoro jest śmiech, to nie jest tak źle. A czasem wcale dobrze nie jest.

Czytaj więcej:

  • Wszczepy pomp, „prawie sztucznego serca” zastąpią całkowicie transplantacje od zmarłych dawców?
  • Co jest największym wyzwaniem w transplantologii?

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Polskiego,
  • codzienne wydanie Dziennika Polskiego,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.