Grzegorz Markowski: Kiedy ryknąłem do mikrofonu, poczułem się jakbym rozerwał kajdany

Czytaj dalej
Fot. Jakub Steinborn
Paweł Gzyl

Grzegorz Markowski: Kiedy ryknąłem do mikrofonu, poczułem się jakbym rozerwał kajdany

Paweł Gzyl

Mimo, że nie narzekał na brak pokus, za rok będzie obchodził półwiecze swego małżeństwa. Jak sam zdradza – żona jest w stanie zrobić z nim wszystko. Teraz wreszcie oboje są na emeryturze i mogą się sobą w pełni nacieszyć.

Ta wiadomość spadła trzy lata temu na fanów polskiego rocka jak grom z jasnego nieba: Grzegorz Markowski postanowił rozstać się z Perfectem. Potem miała być ostatnia trasa koncertowa grupy, ale wokalista ostatecznie zrezygnował z częstych występów ze względu na kiepski stan zdrowia. I kiedy wydawało się, że już nigdy nie zobaczymy go na scenie, kilka tygodni temu pojawił się na festiwalu w Sopocie, by wspólnie z córką zaśpiewać słynny utwór „Niewiele ci mogę dać”. Patrycja przyznała potem w mediach, ze być może to ostatni występ jej taty.

- Coś się kiedyś kończy. Nie chciałbym być śmiesznym, starszym panem, który wjeżdża bez formy i bez energii z nieczystym śpiewaniem. Czuję się pokonany przez życie troszkę i wcale nie jest to dla mnie przyjemne uczucie – przyznaje w programie „Monika Olejnik. Otwarcie”.

Pomocnik murarza

Wychował się w podwarszawskim Józefowie z trzema braćmi – Rafałem, Krzysztofem i Andrzejem. Choć w miasteczku panowała bieda, Markowskim w miarę się powodziło, ponieważ senior rodu miał własną firmę budowlaną. Chłopaki dorastali w żelaznej dyscyplinie. Choć za kolegów mieli niezłych łobuzów, sami trzymali się z dala od złego. Regularnie chodzili do kościoła i do spowiedzi. To trzymało ich w pionie.

- Ja do piątego roku życia prawie nic nie mówiłem. Po prostu nie potrafiłem. Jak miałem cztery lata, mama uczyła mnie płynnie powiedzieć, gdy przyjdzie tata z pracy: „Tatuś, dzisiaj skończyłem cztery lata!”. Powiedziałem tylko: „tatuś” i koniec. Była to jakaś ułomność psychiczna – wyznaje w „Playboyu”.

Przyszły wokalista Perfectu najbardziej lubił bawić się ze starszym bratem Rafałem. Kiedy raz udawali Indian, zawiesił go związanego na drzewie i dopiero dorośli musieli go ratować. Z kolei Rafał pewnego dnia tak popchnął Grzegorza, ze ten upadł na głowę i dostał wstrząsu mózgu. Mimo tych sporadycznych ekscesów chłopaki najczęściej zgodnie spędzali czas nad rzeką Świder: budowali drewniane statki, chowali się przed deszczem w szałasach z gałęzi i zajadali się jabłkami ukradzionymi z pobliskich ogrodów.

- Miałem 14 lat, byłem wyrośnięty i ojciec zagonił mnie na miesiąc do roboty na budowie. Szedłem jako pomocnik murarza do roboty od 6 rano, bo o 7 wchodził murarz i musiał mieć zrobioną tak zwaną zaprawę. Dzisiaj robotę odwala betoniarka, wtedy betoniarki nie było, więc musiałem ręcznie nawalić parę worków wapna, cementu, piasku i wody, przygotować mu cegły. Pękały paluchy, dupsko bolało, a się robiło – wspomina w Onecie.

Rozrywając kajdany

Kiedy Grzesiek był nastolatkiem, zafascynował się rock and rollem. Skrzyknął kolegów z Józefowa, którzy mieli podobne zainteresowania i założył amatorski zespół. Chłopaki szybko zdobyli lokalną popularność: grali na weselach i w kościele. Dlatego choć młody wokalista zdał maturę i zaczął „przyzwoitą” pracę, dostał się do Teatru na Targówku. Być może zrobiłby karierę estradowego piosenkarza, gdyby nie Zbigniew Hołdys, który prowadził wtedy grupę Perfect.

- Przyjechałem z festiwalu piosenki w Castlebar w Irlandii i wydano mi singiel z nagraniem „Little Things”, które dostało tam nagrodę. Hołdys posłuchał płyty i zaprosił mnie na przesłuchanie. Tam, najpierw musiałem walnąć dwie szklanki wina i wypalić fajkę, dopiero pozwolono mi zaśpiewać. Kiedy ryknąłem do mikrofonu, poczułem się jakbym rozerwał kajdany – wspomina w „Dzienniku Polskim”.

Szybko okazało się, że Grzesiek ma rockową duszę: takie piosenki Perfectu, jak „Chcemy być sobą”, „Nie płacz Ewka” czy „Autobiografia” stały się wielkimi przebojami. Popularność jednak źle odbiła się na Hołdysie – po trzech latach intensywnej działalności rozwiązał grupę. Jej wokalista postanowił wtedy zrezygnować z show-biznesu. Wrócił do firmy ojca i razem pracowali przy budowie warszawskiego metra. Głód muzyki dał jednak z czasem o sobie znać i Perfect (już bez Hołdysa) wrócił na scenę.

- Zorganizowaliśmy koncert w Spodku, mimo iż wszystkie media ogłosiły, że Perfect bez Hołdysa to już nie Perfect. I może gdyby wtedy przyszło jedynie tysiąc osób, dalibyśmy sobie spokój. Ale koncert obejrzał pełny Spodek – w sumie ponad siedem tysięcy osób. Dlatego postanowiliśmy grać dalej. Przez pierwsze dwa lata musieliśmy udowadniać, że damy sobie radę bez Hołdysa. Dopiero potem nas zaakceptowano – opowiada w „Dzienniku Polskim”.

Zakochany na zabój

Mając piętnaście lat, Grzesiek zakochał się w koleżance z sąsiedztwa. Dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła syna Piotra. W Józefowie wybuchł skandal. Jej rodzice zabronili chłopakowi spotykać się z ich córką. Dla Grześka świat stracił sens: postanowił popełnić samobójstwo i połknął rtęć z termometru. Uszkodził sobie jedynie wątrobę, a rodzice ukochanej pozostali nieugięci. Dlatego Piotra wychowała matka, a ojciec nawiązał z nim kontakt dopiero, kiedy był dorosły.

Nową miłość Grzesiek poznał przed maturą. Krysia była uczennicą szkoły baletowej i pochodziła z lepszego świata. Dlatego długo nie mógł przełamać w stosunku do niej nieśmiałości. W końcu się odważył – i para zaczęła się spotykać. Krysia postawiła jednak chłopakowi warunek: musi zdać maturę. Mało tego: podając się za siostrę Grześka, chodziła na jego wywiadówki. Młody łobuz poprawił wyniki w szkole i mając dwadzieścia lat ożenił się z ukochaną.

- Krysia jest w stanie zrobić ze mną wszystko. Delikatnie, po kobiecemu, twierdząc, że decyzja jest po mojej stronie. Potem następuje moment perswazji i podania w wątpliwość mojej decyzji, aż dochodzę do wniosku, że faktycznie ma rację. (…) Bardzo podobnie postrzegamy świat, patrzymy na sprawy materialne, na sztukę. Podobają nam się raczej te same rzeczy. Rzadko pojawiają się jakieś kontrowersje – podkreśla w „Vivie”.

Owocem małżeństwa rockmana jest córka Patrycja. Dorastając w artystycznym domu, sama dosyć szybko zapragnęła pójść w ślady ojca. Ten nie był zachwycony tym pomysłem, bo doświadczył na własnej skórze blasków i cieni show-biznesu. Patrycja jednak postawiła na swoim. Szybko okazało się, że również ma wokalny talent. Do dzisiaj dorobiła się setki koncertów i kilku płyt. Trzy lata temu nagrała wyjątkowy album – wspólne piosenki z tatą, które opatrzyli tytułem „Droga”.

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Polskiego,
  • codzienne wydanie Dziennika Polskiego,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.