Ewa Wachowicz lubi, gdy Kraków pachnie dobrą, polską kuchnią

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Katarzyna Kachel

Ewa Wachowicz lubi, gdy Kraków pachnie dobrą, polską kuchnią

Katarzyna Kachel

Ciekawość. To coś, co pcha ją do najbardziej egzotycznych miejsc na ziemi. Każe smakować dań nieznanych, dziwnych, przyrządzanych prosto na ulicach. Inspiruje się nimi, bawi, ale nigdy nie zamieniłaby ich na domowy rosół, który gotuje na kurze przywożonej od mamy

Ewa ma smak. Swój własny, indywidualny, wyniesiony z rodzinnego domu i wzbogacany przez lata w trakcie podróży, kulinarnych programów i spotkań. Także tych przypadkowych, w poczekalniach, przychodni czy na przystankach. Tworzy to mieszankę, w której ortodoksyjne przywiązanie do tradycji spokojnie koegzystuje z szaleństwem i skłonnością do eksperymentatorstwa. Ortodoksja przejawia się choćby w tym, że Ewa nie wyobraża sobie wigilijnej kolacji bez smażonego karpia czy zupy grzybowej, odwaga zaś czyni ją namiętną konsumentką potraw dziwnych, serwowanych w miejscach, które wprawiłyby pracowników sanepidu krajów uznanych za cywilizowane w skrajne osłupienie.

- Ciekawość - powtarza Ewa Wachowicz. Bo bez tej szczególnej otwartości na to, czego się nie zna, czasami nie rozumie, do dziś może jadłaby wyłącznie schabowego z ziemniakami. - Co dziwne, cecha ta nie ma nic wspólnego z inteligencją czy znajomością świata - zaznacza.

Ma znajomych, którzy bardzo dużo podróżują, gdy jednak pojawią się w domu u Ewy, proszą o tradycyjnego kotleta. I ona im te kotlety robi.

Robiła je zresztą od dziecka. Mama pozwalała córce zastępować ją w kuchni i przyrządzać „po swojemu”. A ona chciała gotować. Nigdy bowiem nie traktowała tej czynności jako coś obciążającego. „Kura domowa”? -Takie określenie nigdy nie przyszłoby mi do głowy - zapewnia.

Kucharzenie było sposobem na nudę, na naukę czegoś innego niż to, co przekazały jej naturalnie babcia i mama. Ewa chodziła na wszystkie kursy kulinarne w najbliższej okolicy. A że miała ku temu dryg i szybko się uczyła, całkiem zwyczajnie stała się w szkole osobą odpowiedzialną za catering. Na jej głowie były kiełbasa na ognisko, kanapki na wycieczki, przekąski serwowane na imprezach szkolnych.

- Lubiłam to. Cieszyło mnie, gdy mogłam karmić innych, podać im coś oryginalnego - nie kryje. -Pamiętam sylwester, który urządziłam w domu moich dziadków. Kiedy nie miałam na czym podać kanapek, ściągnęłam ze ścian stare, wielkie lustra w pięknych ramach. Koleżanki były pod wrażeniem, a ja dużo lat później zauważyłam, że na takich paterach serwują dania najlepsze restauracje.

Zanim trafiła do takich lokali, były jeszcze studia i akademik, w kuchni którego piekła omlety dla całego piętra. A że smakowały, postanowiła związać swoje życie właśnie ze smakiem. - Udana z nas para - ocenia. -I nigdy się ze sobą nie nudzimy. Dowodem jest szósta, całkiem świeżutka, księga kucharska Ewy Wachowicz, którą jak żartuje, napisała znów dla siebie (by wszystko mieć pod ręką, w jednym miejscu, pogrupowane).

„Ciasta” mają zaprezentować całe bogactwo tego, z czego kuchnia polska może być dumna. -Obok naszych zup, właśnie one pokazują gamę możliwości, odzwierciedlają przenikanie się kultur i rozmaite wpływy, którym ulegaliśmy - podkreśla. -To nasz skarb i powinniśmy się nim chwalić. Choćby świątecznymi babami i mazurkami, okazjonalnymi ciasteczkami, sezonowymi plackami i słodkościami, które zostały przez autorkę zdekonstruowane, przerobione, urozmaicone. - Jest dla każdego, bo zamieściłam w niej przepisy od tych najprostszych, po nieco bardziej wymagające i pracochłonne.

Zachęca do eksperymentowania i do wnoszenia zmian. Wie dobrze, że do pewnych smaków trzeba dojrzeć. Trafić na odpowiedni, życiowy moment. - W dzieciństwie nie jadłam owoców morza, bo ich u nas po prostu nie było. W Paryżu, gdy pierwszy raz podano mi ostrygę, musiałam przemóc w sobie pewną niechęć, by później uznać ją za wyjątkowy rarytas, przysmak- opowiada.

Gotuje. Może nie codziennie, ale stara się, by w domu, kiedy wyjeżdża, zawsze była zupa. Sezonowa, bo Ewa przyrządza dania zgodnie z filozofią pór roku. Więc teraz jest zupa dyniowa i grzybowa. A na deser śliwki w różnej odsłonie. No i gołąbki, bo odgrzewać je można przez trzy dni i są coraz lepsze. Nie oznacza to, że nie lubi jadać w mieście. - Przeciwnie, czerpię z tych wypraw nowe inspiracje, podglądam kucharzy, jak przyrządzają potrawy, jaki mają na nie pomysł. Uczę się w ten sposób - zapewnia.

Kraków jest do tej nauki miejscem znakomitym. Wiele w nich restauracji, do których Ewa wchodzi w ciemno. Bo wie, że się nie sparzy. I wciąż powstają nowe, które pokazują, że w mieście wciąż są ludzie ciekawi. Nowych kultur jedzenia, smaków. Takich, którzy mają apetyt na więcej.

***

Plebiscyt Smaki Krakowa ma stworzyć nietypowy przewodnik, z którym będziecie mogli Państwo smakować Kraków.

Rok temu oddaliśmy do Państwa rąk publikację „Smaki Krakowa 2014”, w której znalazło się 27 najlepszych restauracji w mieście. Te, które od dawna kreują pod Wawelem mody, wyznaczają trendy, a także miejsca nowe, które całkiem niedawno trafiły w gusta smakoszy. Które lokale znajdą się w tegorocznym wydaniu? Sami jesteśmy ciekawi. Kapituła wytypowała ścisłą czołówkę plebiscytu i jest w trakcie testowania dań w każdej z nich. Niebawem poznamy zwycięzców. Cierpliwości!

Katarzyna Kachel

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

kochas

a lubie ewcia twojo cipke pchoco clo noc bym cie ruchal i kochal z tobo cyce sal pelne mleka

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.