Dzieci sławnych ludzi. Nie chcą odcinać kuponów

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Janusz Mika

Dzieci sławnych ludzi. Nie chcą odcinać kuponów

Janusz Mika

Znają się od dzieciństwa. Ich rodzice, słynni krakowscy aktorzy Anna Dymna i śp. Jerzy Bińczycki, przyjaźnili się też na gruncie prywatnym.

Zgodnie podkreślają swoją normalność. Nie poszli w ślady rodziców i starają się nie odcinać kuponów od ich popularności. Janek (syn Bińczyckiego) pracuje w bibliotece i realizuje się jako niezależny dziennikarz, Michał (syn Anny Dymnej) jest znanym gitarzystą improwizującym, gra z najlepszymi, jeździ na międzynarodowe festiwale.

O rodzinnym domu, dzieciństwie i nadmorskich wakacjach

Janek Bińczycki: Nasz dom był zupełnie zwyczajny, mieszkanie we współczesnym budynku, ale meble mieszczańskie, w części odziedziczone po rodzinie, niedzielne zwyczaje także mieszczańskie. Z drugiej strony tradycje, które mój ojciec wyniósł z domu miały charakter kupiecko-rzemieślniczy i trochę chłopski, typowy dla przedmieść Krakowa, jakimi wówczas były Witkowice.

Michał Dymny: Jako dziecko mieszkałem z matką na poddaszu starej kamienicy, w mieszkaniu zbudowanym jeszcze przez Wiesława Dymnego, pełnym jego rzeźb i sprzętów własnoręcznej roboty, takich jak kominek czy kuchenny bar ze starych drewnianych skrzynek i innych materiałów z odzysku. Sypialnię stanowiły solidne dębowe meble, zaprojektowane przez matkę i wykonane przez stolarza z Bieszczad. Mieszkanie długo opierało się powiewowi potransformacyjnej nowoczesności i przez lata zachowywało swój pierwotny, eklektyczny styl. Nieodłącznym elementem krajobrazu były koty, do których słabość odziedziczyłem po matce.

Janek: Ojciec, kiedy wracał z teatru, przebierał się w wygodne ciuchy, nie „nosił się”, nie przypominał popularnego aktora. Kiedyś wróciłem ze szkoły i bardzo zdziwiłem się, gdyż zastałem go siedzącego przy stole w... mundurze Wehrmachtu. Mieszkaliśmy wtedy blisko teatru i ojciec, nie tracąc czasu na demakijaż, po prostu wykorzystał przerwę w próbach i wpadł do domu na obiad...

Michał: Zawód aktorski nie wydaje się dziecku dziwny, gdyż traktuje go jako zabawę polegającą na przebieraniu się i udawaniu kogoś innego - dzieci robią to przecież cały czas. Ale aktorskie kreacje potrafią być zwodnicze. Kiedy chodziłem do przedszkola, opowiadałem kolegom, że moja mama lata na miotle; no i matka została wezwana przez wychowawczynię na rozmowę. Wyjaśnienie było proste: w telewizji wyświetlano akurat serial „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Macieja Wojtyszki i matka grała właśnie tytułową Małgorzatę.

Najwięcej wspomnień związanych z Jankiem i jego rodzicami mam z wakacji spędzanych w nadbałtyckich Dębkach i leżących nieopodal nich Karwieńskich Błotach, gdzie państwo Bińczyccy mieli letni dom w stylu holenderskim. Pamiętam, że tata Janka bardzo lubił pracę w ogrodzie. Przypominam sobie na przykład, jak cierpliwie i skrupulatnie przecinał wzdłuż dwulitrowe, plastikowe butelki po coca-coli i konstruował z nich akwedukty do nawadniania swoich roślin.

Janek: Ja z kolei pamiętam, że Michał z mamą mieszkali w prywatnym pensjonacie we wspomnianych Dębkach. I choć obie miejscowości dzieli nie więcej niż 5 kilometrów, dostawaliśmy kartki pocztowe pisane przez słynącą z humoru panią Annę. Pewnego razu w okolicy, gdzie mieszkali z Michałem, wybiło szambo, a my dostaliśmy kartkę podpisaną „Pozdrawiamy. Mieszkańcy Przyszambia”. Notabene, choć rowerem odległość między Dębkami a Karwieńskimi Błotami można było pokonać w niespełna pół godziny, pani Anna wysyłała często te pocztówki, które dochodziły do nas po tygodniu... Została ona - z racji nazwiska - honorową patronką wybudowanego przez mojego tatę kominka. Jako wkład mama Michała przyniosła wielki bal drewna. Mój ojciec, zarażony „ludowością” wykonał nasz kominek w stylu regionalnym, natomiast nasi sąsiedzi, państwo Radwanowie, zbudowali podobny, ale ozdobiony dodatkowo rodzinnym herbem wykonanym z bursztynu.

Michał: Wydaje mi się, że właśnie w tym domu doszło do czegoś w rodzaju namaszczenia mnie na muzyka. Miałem wtedy z 6 lat i podczas którejś z imprez Pan Stanisław Radwan, wybitny kompozytor, musiał zauważyć, że jestem dość muzykalny, pewnie dlatego, że nieustannie coś podśpiewywałem. Wziął mnie więc na bok do swojego pianina i przeprowadził bliżej nieokreślone testy, po których zawyrokował, że należy mnie koniecznie posłać do szkoły muzycznej.

O szkole, buncie i punk-rocku

Janek: W liceum byłem krnąbrnym, niesubordynowanym uczniem. O ile z przedmiotów humanistycznych nie miałem problemów, absurdem były dla mnie przedmioty ścisłe i konieczność ich nauki. W „piątce” nie brakowało nauczycieli z charyzmą, prawdziwe autorytety, ale nie wszystkich wspominam pozytywnie. Pamiętam naszą polonistkę, Marię Hryniewicz, przed którą mdlały ze strachu moje koleżanki, ja zaś nie miałem żadnych problemów. Ciekawiły mnie też lekcje historii z Piotrem Boroniem, choć raczej te wątki, które on uważał za złe, okropne i sprzeczne z własnym światopoglądem. Sporo wtedy czytałem, np. dzieła Jeana Geneta czy anarchistyczne pismo „Mat’ pariadka”.

Michał: Nastoletni bunt objawiał się w moim przypadku głównie w sferze muzycznej. Od małego słuchałem punk-rocka, do którego przyciągała mnie jego energetyczność i bezpośredniość przekazu, choć trzeba przyznać, że wiele zespołów ostatecznie nieco rozczarowywało pod względem intelektualnym. Myślę jednak, że to właśnie punk i zawarta w nim bezkompromisowość w odrzucaniu tradycji zaprowadziły mnie później do muzyki eksperymentalnej i improwizowanej. W kwestii wizualnej skończyło się na noszeniu długich włosów i znienawidzonej przez matkę podniszczonej kurtki z GS-u w kolorze wojskowej zgniłej zieleni, odziedziczonej po starszym kuzynie. Byłem uczniem przeciętnie dobrym, raczej nie wagarowałem, bo kolegów, z którymi lubiłem spędzać czas, spotykałem właśnie w szkole. Poza tym, w VII Liceum zakładaliśmy kolejne zespoły, był radiowęzeł, gdzie puszczaliśmy muzykę. Nie było po co stamtąd uciekać.

Janek: Kiedy miewałem jakieś problemy w szkole, ojciec, a było go niezmiernie trudno wyprowadzić z równowagi, mówił mi: „Jak się nie będziesz uczył, to będę musiał cię jakoś wcisnąć na PWST. I co będziesz robił całe życie? Trzymał halabardę?”. Tata absolutnie nie zachęcał mnie do aktorstwa; był zdania, że nie powinno się „dziedziczyć” po rodzicach zajęcia. Statystowałem w paru filmach, brałem udział w telewizyjnym nagraniu poezji, w reżyserii śp. Andrzeja Maja. Byłem zawsze wysokim chłopcem, wiec ubrano mnie w garnitur Jerzego Zelnika. Uznałem, że trzeba się uśmiechać, ale ojciec podszedł i szepnął mi do ucha: „Nie uśmiechaj się, bo wyglądasz jak z »Rodziny Adamsów«”...

Michał: Nie przypominam sobie jakiegokolwiek faworyzowania mnie w szkole z uwagi na osobę matki. Nie widzę też szczególnych powodów, dla których miałoby się tak dziać. Inna sprawa, że szkoła muzyczna, do której chodziłem, na pewno była na takie rzeczy z natury impregnowana, ponieważ tam 1/3 uczniów to były dzieciaki z artystycznym rodowodem.

Janek: Moim zdaniem to wynika z jakiegoś wewnętrznego przekonania niektórych, że dziecko znanej osoby musi być rozgrymaszonym, nieznośnym bachorem. A ja całe życie starałem się wszystkim udowodnić, że tak nie jest. Nie wiem z jakim rezultatem. Rodzice nigdy nie zabraniali mi oglądać filmów, nawet tych dla dorosłych, a ponieważ jestem dzieckiem epoki video, byłem częstym gościem we wszystkich znanych mi wypożyczalniach kaset. Poznałem przekrój światowego kina: od klasyki, poprzez rozmaite horrory, do filmów klasy B i C, jak „Priscilla królowa pustyni” czy „Horror Picture Show”. Po twarzy ojca wydziałem, że martwi się moimi wyborami . Raz wpadł mi w ręce film „Dzieciaki”, uznany za kontrowersyjny. W konspiracji przyniosłem go do domu, ale tata przejrzał moje zamiary i musiałem razem z nim obejrzeć ten film... Wierz mi, że nie ma większej kary dla nastolatka...

Michał: Jako dziecko chętnie dzieliłem się ze wszystkimi swoimi muzycznymi odkryciami, co mogło być trudne do zniesienia, gdyż zawsze słuchałem rzeczy raczej hałaśliwych. Czasem próbowałem przejmować kontrolę nad playlistą samochodową, co przy żywszych utworach skutkowało tym, że matka mimowolnie przytupywała do rytmu nogą odpowiedzialną za pedał gazu, dzięki czemu nasz pojazd sukcesywnie przyspieszał zabawną czkawką.

Janek: To było w pierwszej klasie liceum. Byliśmy z kolegą w sklepie muzycznym i zauważyłem przy ladzie przeglądających kasety magnetofonowe Michała ze swoją mamą. Mój kolega początkowo ich nie poznał, ale wdał się z nimi w dyskusję, doradzając co warto kupić, a co nie. Wreszcie zaproponował przegranie w domu płyty punkowego zespołu Dead Kennedys. Kiedy później poinformowałem go z kim ma do czynienia, zrobił wielkie oczy i krzyknął: „Ja cię kręcę, przegram Dymnej Kennedysów!”

Michał: Zdecydowaliśmy się z Jaśkiem założyć zespół punk-rockowy, który co tydzień zmieniał nazwę, najdłużej przetrwała nazwa „Chamy”.

Janek: Inne nazwy naszej kapeli to „Konie Przewalskiego” czy „Chłopcy z dobrych domów”, a kilku lepiej nie cytować. Ja zostałem wokalistą, a Michał grał na perkusji. Jednak szybko zrezygnował, bo reszta zespołu uprawiała muzyczną abnegację. On sam grał już wtedy w kilku zespołach i miał w tej materii znacznie więcej do powiedzenia.

Michał: Niestety, pomimo wielu prób nigdy nie doszło do publicznego koncertu. Potrzebę kontaktu z punkiem kompensowałem sobie m.in. poprzez audycję radiową, którą prowadziliśmy na początku liceum w akademickim radiu RAK. W erupcji naszej 15-letniej kreatywności nazwaliśmy ją oczywiście PunkRak. Z Jankiem spotykaliśmy się natomiast regularnie na koncertach innych zespołów. Byliśmy razem m.in. właśnie na Dead Kennedys, niestety już bez Jello Biafry (legendarnego wokalisty zespołu z lat 80. - przyp. aut.), z którymi udało nam się przeprowadzić wspólnie wywiad.

Janek: W filmie „Arizona Dream” Emira Kusturicy pada zdanie o tym, że całe życie się buntujesz przeciwko rodzicom, a potem orientujesz się, że jesteś taki jak oni - mówi Janek. - Myślę, że w znacznym stopniu dotyczy to okresu mojego buntu. Zresztą, nie zdążyłem specjalnie się nabuntować, bo w nastoletnim okresie zacząłem świetnie dogadywać się z ojcem. Kiedy zmarł, miałem 16 lat. Później, aż po dziś dzień, orientowałem się, że pod wieloma względami jesteśmy podobni. Przypominają mi się wydarzenia z dzieciństwa, wracają wspomnienia. Często zaskakujące. Pierwszymi płytami, jakich słuchałem, były jazzowe winyle z kolekcji ojca, chyba jeszcze z lat 60. W latach 50., w czasach jego młodości, zachodnie trendy muzyczne były u nas właściwie zakazane. Płyty te zdobywało się nielegalnie. To był dopiero bunt i prawdziwy underground! Ojciec opowiadał mi o bikiniarskiej modzie, o tym jak docierała na przedmieście. Co ciekawe, odziedziczyłem po nim sporo ubrań, które potem nosiłem, także szwedzkie buty wyglądające prawie jak glany, w których jeszcze za jego życia poszedłem na koncert. Było pogo i potem były kompletnie zniszczone. „Ostatni raz pożyczam ci buty” - powiedział.

O szacunku dla pracy, skuteczności w działaniu i dystansie do blichtru

Michał: To ciekawe, czasami ulegamy złudzeniu, że aktorstwo miałoby być rodzajem jakiegoś rodzinnego przedsięwzięcia, profesją, której rzemiosła trzeba się wyuczyć za młodu od rodziców, żeby potem kontynuować rodową tradycję. Ja nigdy nie czułem tego rodzaju powinności, nie zauważyłem też nacisku ze strony matki. Myślę, że wręcz przeciwnie - pocieszała się, że i tak bym się nie dostał na PWST z powodu wady wymowy. Oczywiście, pół dzieciństwa przesiedziałem w teatrze i niektóre sztuki znałem na pamięć, zwłaszcza że często przepytywałem matkę z tekstów. Nigdy jednak nie myślałem, aby samemu zostać aktorem. W okresie liceum oprócz muzyki i literatury kompulsywnie chłonąłem filmy, oglądając wieczorami po kilka dziennie. Gdy więc wbito mi do książeczki wojskowej kategorię A, postanowiłem zdawać na filmoznawstwo. Studia traktowałem raczej w charakterze poszerzenia horyzontów, bo przecież przez cały ten czas aktywnie zajmowałem się muzyką, co do tej pory daje mi największą satysfakcję. Co zabawne, ani od teatru, ani od filmu nigdy do końca nie uciekłem - z obiema dziedzinami łączy mnie praca kompozytorska. Janek: Szanuję pokolenie ojca, za ich pracę i pewną konsekwencję. Tata nie zagrał nigdy w reklamie, odrzucał propozycje ról, które mu się nie podobały... Nauczyłem się szacunku dla cudzej pracy, odziedziczyłem też, mimo wszystko, nieśmiałość oraz poczucie humoru, choć w tym względzie on bywał bardziej złośliwy i bezkompromisowy. Sam jednak nie odziedziczyłem po nim talentu. Niedawno statystowałem w „Siłaczki” i przypadła mi postać Odo Bujwida. Niestety, potem to obejrzałem i był to Odo Bujwid, który połknął kij... Nie mam talentu, ale za to zrobiłem kilka wywiadów z krakowskimi aktorami .

Michał: Matka jest dla mnie przez całe życie ważnym punktem odniesienia, swego rodzaju busolą, między innymi dlatego, że jej metody działania zawsze wydawały mi się dobre i skuteczne, co wiąże się z cnotami uczciwości wobec siebie i innych, niezwykłej pracowitości i odpowiedzialności. Z drugiej strony uczy mnie tego, żeby nie angażować się w żadne projekty wbrew sobie. Nigdy nie epatowała złotymi myślami, gdyby tak było, pewnie w odruchach przekory próbowałbym je negować. To znacznie bardziej przekonujące, kiedy czyjeś credo widzisz w jego działaniu i tak jest w tym wypadku.

Janek: Gdy ojciec został dyrektorem teatru, był - razem z mamą - zapraszany na liczne rauty, bale, spotkania. Nie lubił tego bardzo, ale to była część pracy. Kiedyś mieli uczestniczyć w balu charytatywnym w Muzeum Narodowym. Przygotowałem na tę okoliczność zestaw kaset video, które zamierzałem obejrzeć pod nieobecność rodziców. Tymczasem tata wiązał muchę, widać było, że bardzo nie chce mu się wychodzić. Mruknął pod nosem, że wolałby malować płot w Karwieńskich Błotach, niż iść na ten bal. Jednak poszli, a kiedy wrócili w nocy, spałem już. Mama obudziła mnie rano informacją, że dzieje się coś złego, z ojcem nie ma kontaktu, nie reaguje. Nie wiedziałem, że to, co mi powiedział, będzie ostatnim. A powiedział, że trzeba mieć dystans do wszelkiego blichtru, być sobą. Teraz, kiedy jestem dorosły, doceniam to, że choć od śmierci ojca minęło już ponad 20 lat, ludzie w dalszym ciągu interesują się jego postacią, wspominają jego role, pamiętają je z detalami i to jest wzruszające. Sam poznaję i odkrywam na nowo ojcowe kreacje, te mniej znane, których z racji wieku nie mogłem pamiętać, bo o Profesorze Wilczurze ze „Znachora”, czy Bogumile Niechcicu z „Nocy i dni” telewizja nie pozwala zapomnieć.

Janusz Mika

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.