Do ludzi z betonowej płyty bloki wracają w snach

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Aleksandra Suława

Do ludzi z betonowej płyty bloki wracają w snach

Aleksandra Suława

Oprócz wielkiej płyty mieliśmy też ślizgowce, wypychowce, sedesowce, trzonolinowce - Beata Chomątowska bada dzieje osiedli, udowadniając, że szare blokowisko może być fascynującą krainą - „Betonią”.

Jak powiedziała kiedyś Sylwia Chutnik: „Tak na zdrowy rozum jest coś dziwnego w tym, że żyjemy w takich pudełkach”.

W dzieciństwie czasem wyobrażałam sobie, że na osiedlu pojawia się magik i okrywa mój blok połą płaszcza: Znika fasada, znikają ściany i budynek zaczyna przypominać domek dla lalek. W każdym mieszkanku-przegródce są ludzie, a ja podglądam, co robią: gotują , kłócą się, pracują… Tyle na temat owej dziwności, bo już na wspomniany „zdrowy rozum” to byliśmy skazani na bloki.

Przez kogo?

Przez demografię. W XIX wieku ludzie przenosili się do miast na taką skalę, że nie było ich gdzie rozlokowywać. Zjawisko występowało w całej Europie, ale najlepiej opowiedzieć o nim na przykładzie Berlina, który osiągnął wówczas największą gęstość zaludnienia na kontynencie. Ludzie, przyjeżdżając do stolicy, szukali nie tyle mieszkania, co miejsca w pokoju. Zanim je znaleźli, tygodniami koczowali w namiotach na obrzeżach miasta.

Władze, żeby temu zaradzić, budowały czynszówki, gdzie wśród ciasnych korytarzy gnieździły się robotnicze rodziny: bez dostępu do zieleni, łazienki, własnych toalet, często po pięć osób w jednym pokoju i nierzadko po dwa tysiące w jednym budynku. Takie rozwiązanie nie było ani komfortowe, ani tanie - bo jeśli rósł popyt, rosły i ceny materiałów budowlanych, ani szybkie, bo budowanie z cegły wymaga czasu. Musieliśmy więc albo znaleźć inny model mieszkania, albo, jakby to nie zabrzmiało - przestać się rozmnażać.

Kto pierwszy wpadł na to, że rozwiązaniem może być blok?

Właściwie nie blok tylko beton. W pierwszych eksperymentach chodziło nie tyle o formę - ta była dość konserwatywna i przypominała tradycyjną kamienicę, co o materiał. Miał być trwały, niedrogi oraz nadawać się do szybkiej i masowej produkcji. Z betonem eksperymentowały różne kraje, dość wymienić Francję, Niemcy i Wielką Brytanię i różni ludzie - od wynalazcy żarówki, Thomasa Edisona, po papieża modernizmu, Le Corbusiera. Dochodzenie do bloku w kształcie takim, jaki znamy dziś, było raczej ewolucją niż rewolucją, stopniowym rozwojem, który mimo że odbywał się równolegle w różnych częściach świata, wszędzie zaowocował podobną formą.

Podobną, ale nie taką samą. Jest coś takiego, jak np. polski blok?

Niejeden! Mimo że władze chciały - ze względów ekonomicznych, opracować i na masową skalę wdrożyć jeden model, to nigdy się nie udało. Wzorzec owszem, powstał, nazywał się W-70: „W” jak Warszawa i 70 jak rok, w którym miał być skierowany do produkcji, tyle że w stolicy nie wzniesiono w tej technologii ani jednego budynku.

Były i inne propozycje: popularne np. w Krakowie „Domino”, WUF-T, czyli Warszawska Uniwersalna Forma-Typowa, WWP, czyli Wrocławska Wielka Płyta itd. A są i rozwiązania śmielsze, jak Wrocławski trzonolinowiec zwany też „wisielcem” albo „domem na kurzej stopce”, łódzkie ślizgowce, gdzie ściany rosły w szalunkach, do których wlewało się beton czy trzpieniowce - tu najpierw stawiało się trzon, a potem dobudowywało do niego pozostałe części konstrukcji.

Inwencja architektów była naprawdę niewyczerpana, na Facebooku istnieje nawet strona, gdzie jedni użytkownicy publikują zdjęcia bloków, a inni zgadują, w jakiej technologii te budynki powstały. Tak więc różnorodność to pierwszy polski znak rozpoznawczy. Innym mógłby być mały metraż - tu Niemcy i Anglicy bili nas na głowę. Jeszcze innym - kiepska jakość.

Kiepska? W „Betonii” jest przecież fragment o tym, że rodzima wielka płyta uratowała nas przed „leningradczykami” - blokami, które ZSRR przysyłało w częściach statkami do Gdańska, wraz z grupą robotników, którzy mieli je montować. Ponoć żadne miasto nie chciało tych wynalazków na swoich osiedlach.

W ich przypadku nie chodziło o jakość tylko o wygląd - były toporne, żeby nie powiedzieć szkaradne. I przerażająco monotonne - takie same kształty, takie same elewacje, taki sam rozkład mieszkań. A polski architekt i polski mieszkaniec niczego nie znosił gorzej niż monotonii.

Co było przyczyną wiecznych konfliktów z władzą. Projektanci i urzędnicy kiedykolwiek mieli ze sobą po drodze?

Miewali. To były relacje, które można by zilustrować jako sinusoidę. Zaraz po zakończeniu wojny, aż do stalinizmu, architekci mieli sporo do powiedzenia, co wynikało również z faktu, że wielu modernistów wywodziło się z podobnego środowiska, co lewicowe władze i utrzymywali kontakty towarzyskie z politykami - przypomnijmy, że np. Bierut był współzałożycielem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Potem mieliśmy socrealizm, następnie kolejny lepszy okres, czyli próba nadrobienia zaległości względem Zachodu i powrót do modernizmu. Ten skończył się wraz z nadejściem gomułkowskich oszczędności, kiedy budowano m.in. ślepe kuchnie i próbowano wprowadzać tzw. strefy bezwychodkowe, czyli budynki z łazienkami na korytarzach. Kolejnym etapem były rządy Gierka, w czasach którego „poszaleć” mogli już tylko urbaniści, bo architektom wielka płyta zabrała wolność. Ostatnia dekada komunizmu zaś to stopniowy upadek systemu.

Zasadniczo, po rozmowach z architektami tego okresu i lekturze ich wspomnień mam jedną refleksję - nigdy w życiu nie zamieniłabym się z nimi miejscami. Wykonywanie twórczego zawodu w realiach, w których wszystko jest skoszarowane w jakichś miastoprojektach, gdzie projektuje „pod normatyw” musiało być koszmarem.

W wizji niektórych bloki miały być eksperymentem nie tylko na przestrzeni, ale i na ludziach. Jak marzył jeden z niemieckich urbanistów „ nowy typ zabudowy odmieni najpierw ludzi, a potem świat”. Udało się?

Nie wiem. Z jednej strony na pewno nie jest tak, jeśli wychowałaś się w willi to lubisz malarstwo i rokokowe meble, a jeśli dorastałaś w bloku to wolisz landszafty i boazerię. Z drugiej jednak istnieją doświadczenia wspólne dla tych, którzy spędzili dzieciństwo na osiedlu. I nie mówię nawet o wychowywaniu się w „dziecięcej wiosce”, graniu w gumę i wiszeniu na trzepaku, bo takie przeżycia są wspólne dla większości tych, którzy dorastali przed epoką internetu. Chodzi o różnorodność.

Osiedla w PRL, inaczej niż w Wielkiej Brytanii czy Niemczech, nie były ani gettem dla biedoty, ani wyspą luksusu, ale miejscem dla wszystkich. Jeśli więc jako dziecko za sąsiada masz i wielodzietną rodzinę, i profesora, i bezrobotnego, wzrastasz w przekonaniu, że świat jest różnorodny. I jest jeszcze jedna cecha „człowieka z bloku”, nieuchwytna, może kryjąca się gdzieś w podświadomości. Wszystkie nasze wtajemniczenia: pierwsze śmierci, miłości, konflikty, marzenia, odbywały się w banalnej, a jednocześnie monumentalnej scenerii wielkiej płyty. Taki krajobraz potem u niektórych wraca, u mnie na przykład w snach.

Dlaczego nie potrafimy spojrzeć na bloki neutralnie, tak jak patrzymy na dom czy kamienicę?

Do tego potrzeba czasu. Niemcy jeszcze dekadę temu, kiedy mówili „bloki”, dodawali „postsocjalistyczne”, w podtekście stygmatyzując ich mieszkańców, jako tych gorszych, niezaradnych, „wschodnich”. Dzisiaj takie podejście trąci anachronizmem, osiedla przeszły rewitalizację, niektóre stają się modne. U nas ten proces dopiero się zaczyna.

Musimy się pospieszyć. Żywotność wielkiej płyty została obliczona na kilkadziesiąt lat i wkrótce dobiegnie końca.

To problem nie tyle płyty, bo beton jest materiałem trwałym, co stalowych złącz. Kilka lat temu rozmawiano o planach rewitalizacji bloków, które miały objąć całą Europę Wschodnią, ale na razie nic z niego nie wynika. A problem jest niemały, bo w Polsce żyje w nich co najmniej 12 mln ludzi. Gdyby mieszkania choćby procenta tej grupy przestały nadawać się do użytku, co się z nimi stanie? Dostaną odszkodowania? Będą przesiedleni? A dokąd? Nad tymi kwestiami prędzej czy później trzeba będzie się pochylić.

Aleksandra Suława

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.