„Boże Ciało”, czyli nowa fala w polskim kinie

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Marek Kęskrawiec

„Boże Ciało”, czyli nowa fala w polskim kinie

Marek Kęskrawiec

- Młodzi reżyserzy mają zupełnie inne spojrzenie na świat niż baronowie polskiego kina. Wybierają też innych aktorów - mówi krakowska filmoznawczyni Urszula Wolak.

Obejrzałem „Boże Ciało” Jana Komasy i jestem mocno poruszony. Treścią filmu, głównym bohaterem, delikatnością ujęcia tematu wiary, która potrzebuje wyjść poza ceremonie. Wreszcie surowymi scenami przemocy, dalekimi od hollywoodzkich wzorców efektownej, acz pustej choreografii.

Jana Komasę pamiętamy choćby z realizacji kontrowersyjnego, nasyconego barwami filmu „Miasto 44”, który został zaadresowany do młodych ludzi i w atrakcyjny dla nich sposób opowiedziany, co starszej publiczności raczej się nie spodobało. I potem następuje powrót Komasy na plan zdjęciowy i powstaje „Boże Ciało”, zaskakujące w zupełnie inny sposób, tak jakby Komasa chciał trochę odpocząć. Ja sama, wiedząc, że reżyser podejmuje temat kryzysu w Kościele, spodziewałam się zupełnie innego filmu. Okazało się jednak, że twórca odszedł od nurtu publicystycznego i politycznego, popularnego w naszym kraju, wprost oskarżającego Kościół o liczne grzechy.

To właśnie różni Komasę od Wojciecha Smarzowskiego, który tworząc pozbawiony niuansów obraz Kościoła, raczej poległ na „Klerze”, produkując film bardziej w stylu Patryka Vegi. „Bożemu Ciału” daleko też do Małgorzaty Szumowskiej, która w „Twarzy” pokazała, jak intelektualistka z wielkiego miasta wyobraża sobie mentalność prowincji. Czy świetny film Komasy to nowy polski kandydat do międzynarodowych nagród?

Komasa nie popłynął na fali przywołanych przez ciebie filmów. Charakteryzowała je zarówno wściekłość na Kościół, jak i na Polskę. To im nie pomogło, bo były zbyt mocno czarno-białe, bez odcieni szarości, z kompletnie antypatycznymi bohaterami. Komasa zaś zrobił dzieło wielowymiarowe i to jest jego siłą, bo pokazana w nim wąsko myśląca społeczność ma swoją wrażliwość prowadzącą do przemiany pod wpływem przybysza. „Boże Ciało”, nagrodzone na festiwalu w Gdyni, zostało już zaprezentowane w Wenecji i docenione w sekcjach pozakonkursowych, stając się w końcu polskim kandydatem do Oscara. Trudno dziś wyrokować o szansach, ale wydaje mi się, że nie jest to jednak film, który mógłby liczyć na nominację Akademii. To film piękny, zrealizowany bardzo prostymi środkami, bez tej zachwycającej warstwy wizualnej, znanej choćby z „Idy” czy „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego. Jest zbyt kameralny jak na amerykańskie gusta, nie ma też jasno zarysowanego przesłania.

Czy ta kameralna forma twoim zdaniem zamyka mu drogę do międzynarodowych nagród?

Możemy tu dla porównania przywołać filmy z ostatnich czterech lat, które odegrały ważną rolę za granicą, czyli „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka czy „Ostatnią rodzinę” Jana P. Matuszyńskiego - to były obrazy zdumiewające swoją formą, żonglujące gatunkami, pokazujące znajomość języka filmu. To właśnie podoba się na Zachodzie. Komasa też ten język zna, ale w „Bożym Ciele” postanowił pokazać coś innego. To kameralna opowieść bez szczególnie zarysowanego tła społecznego, skupiona na losach jednostki. Ona prowadzi nas - jednak nie wprost - do głębszej, uniwersalnej metafory na temat życia. Jednocześnie to wszystko bardzo dobrze się ogląda, mamy świetnie napisany scenariusz, wartką narrację, i do tego jeszcze dwie mocne, brutalne, wiarygodne sceny.

Pewnie spora przy tym zasługa Bartosza Bieleni, którego znamy z desek Starego Teatru z czasów Jana Klaty, kiedy postrzegaliśmy go jako delikatnego mężczyznę o chłopięcych rysach. W „Bożym Ciele” pokazał całą gamę różnych twarzy, nawet inną posturę, a to przecież dopiero jego pierwsza ważna rola w kinie. Czy ktoś to za granicą zauważy?

Musi. Dla mnie Bielenia jest aktorskim objawieniem roku. W „Bożym Ciele” dźwiga na swoich barkach, a właściwie w spojrzeniu i twarzy, całą historię. Ma w sobie wielką moc, którą prezentują wielcy aktorzy. Stworzył postać wielobarwną, elektryzującą, pełną metafor, ale wolną od topornej symboliki. Chcemy się o niej dowiedzieć jak najwięcej. Nie chcemy, by jego historia się kończyła. Zresztą, ona się nie kończy - zakończenie filmu jest brutalne, ale i otwarte.

Znam przynajmniej dwie interpretacje ostatnich scen i co najmniej trzy scenariusze przyszłości głównego bohatera.

Czytaj dalej, a dowiesz się:

  • Dlaczego mamy teraz niesamowity czas w polskim kinie
  • Jaka jest tego przyczyna?
  • Co stoi za fenomenem nowych polskich filmów?

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Polskiego,
  • codzienne wydanie Dziennika Polskiego,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Marek Kęskrawiec

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.