Aleksander Lauterbach nigdy nie wyjechał z Krakowa

Czytaj dalej
Katarzyna Kachel, prof. Aleksander Skotnicki

Aleksander Lauterbach nigdy nie wyjechał z Krakowa

Katarzyna Kachel, prof. Aleksander Skotnicki

Gdy przyszedł na świat przy Krupniczej 3, mama uparła się, by zmienić mu datę narodzin z 19 stycznia na 18. I tak zostało zapisane w akcie urodzenia. W tradycji żydowskiej 18 to bowiem szczęśliwa liczba, której hebrajska wartość numeryczna może być odczytana jako „życie”. I to życie Aleksander Lauterbach dostał jakby w prezencie. Odszedł pod koniec stycznia w wieku 99 lat. Do końca mówił po polsku, do końca tęsknił za Krakowem. - To moje miasto - powtarzał.

Gdyby zacząć od końca, to trzeba by napisać, jak zaczął budować mosty między Polakami a Żydami. Organizował wystawy artystów z przedwojennego Krakowa, promował Artura Szyka, polsko-żydowskiego genialnego miniaturzystę, pisał przewodnik po Kazimierzu. - Jestem urodzonym krakowianinem - mówił.

Ze swojego Krakowa musiał uciekać przed zagładą, ale powrócił, by zmierzyć się z przeszłością. Był rok 1970. - Kiedy byłem w Krakowie po raz pierwszy po wojnie, to znalazłem Kraków takim, jaki był za moich młodych lat - ale znane mi były tylko budynki i ulice. Ludność była inna, ponura milicja, biedota. Nie było dobrych hoteli, były za to gazety, które nie nadawały się do czytania - wspominał.

Kiedy spacerował Karmelicką, Szewską, Rynkiem, Floriańską, Grodzką, widział znajome budynki, ale ani jednego znajomego. To było wstrząsające.

Miał być dziewczynką

Gdyby zacząć od początku, a przynajmniej od początku krakowskiej historii Lauterbachów, to trzeba napisać, że ojciec Aleksandra, Maks Lauterbach przeprowadził się pod Wawel z rodzinnego Drohobycza wraz z całą rodziną, dwójką dzieci i rodzicami. Był 1920 rok.

W Krakowie, przy ulicy Brackiej pod numerem 3 Lauterbachowie prowadzili Dom Tekstylny. Maks był członkiem Rady Miasta, wchodził w skład Stowarzyszenia Żydowskich Przemysłowców i Kupców, był także wiceprezesem Stowarzyszenia Humanitarnego „Bnei Brith” o nazwie „Solidarność”. W 1935 roku brał udział w delegacji gminy żydowskiej w pogrzebie marszałka Józefa Piłsudskiego. Czuł się polskim patriotą. - Urodziłem się w 1923 roku - wspominał Aleksander Lauterbach. - Moja mama, Eugenia, miała nadzieję, że będę dziewczynką, bo miała już dwóch synów i marzyła o córce.

Nie umiała ukryć rozczarowania kolejnym męskim potomkiem. Było ono na tyle silne, że małego Lauterbacha chciał nawet zaadoptować dziadek Józef. - Moja wyprawka była cała różowa, ale byłem za młody, by się sprzeciwić - śmiał się, gdy to po wielu latach opowiadał. Skończyło się bez adopcji.

Przerwana kariera

Matka, która sama pobierała lekcje klasycznego śpiewu, chciała, by jej syn także rozwijał się artystycznie. Niefortunnie zapisała go wpierw na balet, gdzie Aleksander był rodzynkiem wśród tuzina dziewczynek. Nie bardzo mu było w smak to całe baletowanie. Kiedy więc podczas ćwiczenia nazywanego „konie” - polegającego na skakaniu w kółku - upadł, uznał to za idealny pretekst do przerwania edukacji. Tak w wieku dziewięciu lat zakończyła się jego baletowa kariera. - Podobny finał miała kariera piosenkarska - wspominał. Jakoś też mu nie było ze śpiewaniem po drodze.

Był rozpieszczony i niepotulny. Nie to co bracia, cisi, samotni, znający kilka języków i czytający po łacinie Spinozę. - Mieli dar intelektu, a ja dar długiego życia - powtarzał.I wcale nie zamierzał się przeciw temu buntować.

Aleksander zaczął pierwszą klasę w szkole hebrajskiej, ale że była za daleko, przeniósł się do publicznej podstawówki. Potem skończył prestiżową szkołę średnią. - Zajęcia trwały sześć dni, ale sobota była wolna dla żydowskich uczniów, tylko katoliccy uczniowie maszerowali wówczas na lekcje - wspominał.

W piątek Alek z rodzicami szedł do dziadków na tradycyjną kolację. Ale do synagogi Tempel chodzili od wielkiego dzwonu - na Nowy Rok (Rosh Hashana, Kol Nidre, Yom Kipur). Bo, jak podkreślał, byli wychowanie w polsko-żydowskim duchu, przepojonym ideami polskiego patriotyzmu i syjonizmu.

Lauterbachom żyło się w Krakowie dobrze. Mieli nawet samochód, czterodrzwiową tatrę z czterocylindrowym silnikiem. Tylko jeden kolega z klasy Alka mógł się pochwalić podobnym wozem. Ten, który był spowinowacony z księciem Radziwiłłem.

Kiedy wybuchła wojna, brakowało mu do ukończenia jednego roku.

Lwów i ucieczka

1 września 1939 roku Aleksander był w Warszawie, bo babcia nalegała, że powinni być tam, gdzie rząd. Kilka dni później zaczęli uciekać na wschód. Samochodem, potem furmanką. Tak trafili do Lwowa.

W grudniu 1940 musieli znów uciekać przed deportacjami na kradzionych paszportach. Ocaleli dzięki wizie nikaraguańskiej przysłanej z Nowego Jorku przez starszego brata Henryka - który przed wybuchem wojny pojechał do USA tam na Światową Wystawę. I dzięki temu, że Maks udawał konsula Nikaragui. Przez Kijów, Moskwę, Władywostok dotarli do Japonii, skąd w maju 1941 r. dopłynęli statkiem do Kalifornii. Udało się.

Ocalony

Aleksander powtarzał, że mieli szczęście. Że los ich rodziny w porównaniu z innymi, którzy przeżyli, nie był tak tragiczny. - Ludzie w USA nie rozumieli, czym był Holokaust - podkreślał. - Często pytano mnie, dlaczego deportowani bądź więźniowie nie zawracali się do prawników, by im pomogli.

Aleksander Lautebach opowiadał tym, którzy chcieli słuchać o Krakowie, ale także o przeżyciach wojennych. Twierdził, że bagaż Holokaustu pozostaje w człowieku na zawsze. - Pamiętam, jak syn przyjaciela, który również uratował się z Holocaustu, zapytał, dlaczego inni mają dziadków, a on nie. I usłyszał: Przeżyliśmy, musimy walczyć o naprawę świata. Musimy zapamiętać, że nigdy więcej, ponieważ rozumiemy, że zbawienie tkwi w pamięci.


W latach 90. XX w., po przejściu na emeryturę zaangażował się w budowanie mostów między Polakami i Żydami. Organizował wystawy ukazujące świat żydowski w przedwojennym Krakowie, a także pokazy wycinanek żydowskich powojennej krakowianki Marty Gołąb. Organizował wystawy prac swojego krewnego obrazujące historię Państwa Polskiego od Bolesława Pobożnego (Statut Kaliski) poprzez wszystkich polskich królów. Opracował też przewodnik po krakowskim Kazimierzu. Do krakowskiego Instytutu Judaistyki przekazał przy pomocy polskiego konsula w Los Angeles Krzysztofa Kasprzyka swój ogromny księgozbiór, zawierający cenne wydawnictwa w językach polskim, angielskim, hebrajskim i w jidysz, które od lat gromadził, zakupując je w bibliotekach synagog amerykańskich.

Katarzyna Kachel, prof. Aleksander Skotnicki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.