Dorota Stec-Fus

75 lat "Dziennika Polskiego". Pomaganie ludziom to misja

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus, Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus, Wisława Szymborska
Dorota Stec-Fus

- Pani redaktor, życie mojego dziecka jest zagrożone. Teraz już tylko wy możecie mi pomóc! - twarz śmiertelnie przerażonej kobiety zapamiętam do końca życia

Ile reportaży opowiadających o ludzkich losach ukazało się przez 75 lat na naszych łamach? W ilu przypadkach przyniosły one wymierny efekt dla ich bohaterów? Tego policzyć nie sposób. Jedno jest pewne: niesienie pomocy dotkniętym nieszczęściem ludziom, daje nam znacznie więcej satysfakcji niż „zdobycie” wywiadu ze znamienitą personą czy napisanie relacji z najbardziej nawet sensacyjnej politycznej „naparzanki”.

„Reportaż to rodzaj pisarski, który stara się przekazać prawdziwą i szczegółową relację o wydarzeniach bezpośrednio widzianych lub sprawach dokładnie udokumentowanych” - zasady tej, określonej przez Ryszarda Kapuścińskiego staramy się przestrzegać za każdym razem.

Nie zawsze jest to proste, bo emocje i u nas czasami biorą górę, nie zawsze temu też sprzyja presja wydawcy na jak najszybsze oddanie materiału do druku i przystąpienie do kolejnego tematu. Bywało, że chcąc dokładnie zweryfikować wszystkie informacje i dopracować reportaż, braliśmy kilka dni urlopu…

Sprawami swoich bohaterów żyjemy bardzo długo. Jeśli nawet nie mamy z nimi już osobistego kontaktu, śledzimy ich losy, by przekonać się, czy stając po stronie danego człowieka mieliśmy rację.

Odbudować życie sprzed wypadku

Majka Lisińska-Kozioł reportaże w „Dzienniku Polskim” pisze od blisko 20 lat. Niektóre z nich zostały wysoko ocenione i dostały nagrody dziennikarskie. Dziś przypomina kilka spośród tych, które zmieniły nie tylko życie jej bohaterów, ale także jej samej:

- Tak było z wywiadem z Magdaleną Sipowicz, uznaną tłumaczką języka migowego, która straciła nogę w katastrofie kolejowej pod Szczekocinami. Ta nominowana do nagrody Grand Press rozmowa była kolejną odsłoną walki Magdy o odzyskanie swojego życia sprzed wypadku. Pisałam o tej młodej kobiecie zaraz po katastrofie, gdy leżała w szpitalu a cała Polska, także czytelnicy „Dziennika”, zbierali pieniądze na jej rehabilitację. Pisałam, gdy okazało się, że szefowa Fundacji „Zielony Liść” zdefraudowała 120 tysięcy złotych, które ludzie wielkiego serca wpłacili na konto Magdy. Pisałam o jej cierpieniu, o jej nieustępliwości a ostatnio o tym, że po niemal sześciu latach walki zdołała zaakceptować siebie i swoje aktualne życie. Cieszę się, że Magda nadal tłumaczy, że jest cenionym fachowcem „od migania”, że jej córeczka Wiktoria, która była już na świecie, gdy zdarzył się wypadek, doczekała się brata Leonarda. Wciąż jej kibicuję w walce o rentę i o siebie.

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus,
Andrzej Banas Nominowana do nagrody Grand Press rozmowa Majki Lisińskiej-Kozioł była kolejną odsłoną walki Magdy Sipowicz o odzyskanie swojego życia sprzed wypadku

Ciepło wspominam też reportaż o Jolancie Szatko-Nowak. Była jedną z najlepszych polskich tenisistek stołowych, grała w parze z Andrzejem Grubbą i Leszkiem Kucharskim, jest medalistką mistrzostw Europy w deblu. Wiele poświęciła dla swojego klubu Wandy Kraków i swojej dyscypliny. Nazywano ją „ Zadziora”, bo miała charakter do sportu. A potem też - jak się okazało - do brania życia za rogi. Bo gdy nie mogła już grać zawodowo i zarabiać, gdy zmarł mąż, a potem babcia, która ją wychowała, gdy nie miała za co żyć, a jej ukochany klub zapomniał o swojej mistrzyni - zatrudniła się jako kucharka. Pracowała w stołówce szkolnej, obierała 80 kilogramów ziemniaków dziennie, smażyła setki kotletów mielonych. Nie narzekała. Musiała utrzymać siebie i córkę. Ale wieczorami wracała do ukochanego sportu i trenowała z dorosłymi, którzy chcieli sobie w ping-ponga popykać i z dziećmi, które chciały zdobywać medale i puchary jak pani trener. Po reportażu, który zdobył nagrodę w ogólnopolskim konkursie im. Ryszarda Kapuścińskiego wielu ludzi przypomniało sobie o „Zadziorze” z Nowej Huty i jej życie skręciło na lepsze tory.

Z kolei reportaż „Więzienny duet” to materiał o głęboko upośledzonych mężczyznach, którymi w jednym z krakowskich domów opieki opiekowali się więźniowie. Miałam okazję przyjrzeć się ludziom skazanym za różne przestępstwa, często mającym w przeszłości kłopoty z alkoholem, tak zwanym twardzielom, którzy dobrze potrafili wywiązać się z powierzonego im zadania. Zobaczyłam, ile jest w nich empatii, ile troski wobec pokrzywdzonych przez los niepełnosprawnych ludzi. To zmieniło moje podejście do drugiego człowieka. I tak jak ja, również Czytelnicy mogli się przekonać, że każdemu człowiekowi trzeba dać szansę, by mógł zmienić swoje życie. Bo w każdym, nawet tym z pozoru złym, jest iskierka dobra. Trzeba ją tylko rozniecić. Dzięki temu tekstowi wygrałam ogólnopolski konkurs na reportaż pt. „Oczy Otwarte”.

Barbara Rotter-Stankiewicz, która z „Dziennikiem Polskim” związana jest nieprzerwanie od 47 lat, opowiada o reportażach, których bohaterowie tkwią w jej pamięci do dziś:

- Starsza pani, której mąż chorował na raka - główna bohaterka tekstu „Bezradność i bezduszność”, który powstał jeszcze w latach 70. - nie była w stanie się nim zajmować, żaden szpital nie chciał go przyjąć. Zamierzał popełnić samobójstwo. Na drugi dzień rano po ukazaniu się tekstu zgłosiła się pielęgniarka, która bezinteresownie zajęła się pacjentem. Niebawem zaoferowano mu też pomoc w szpitalu. Wtedy przekonałam się, co może zdziałać słowo...

Inny mój bohater, kilkunastoletni artysta ze Stróż, Lucjan Matuła urodził się bez rąk, malował nogą. Obrazy były piękne, ale mało kto o nich wiedział, nikt nie kupował, chociaż bardzo podratowałoby to rodzinny budżet. Napisałam reportaż, a potem wymyśliłam, że urządzimy Luckowi wystawę. Oprócz „Dziennika” wydawaliśmy wówczas miesięcznik „Bądź Zdrów” - wystawa odbyła się w jego siedzibie. Sprzedano wszystkie obrazy.

- Gdy redakcja wysłała mnie do Tarnowa - wspomina Elżbieta Borek - trafiłam na autobus jadący do Rajbrotu. Kierowca... obraził się na pasażerów, w szczerym polu zatrzymał pojazd, zamknął go i wyszedł! Zostawił pasażerów dużych i małych na wiele godzin w zamkniętym autobusie, bez możliwości kontaktu z bliskimi - wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych. Powstał reportaż „Dojechać do Rajbrotu”. Narobił wiele zamieszania i - co najważniejsze - doprowadził do zmiany kilka ważnych przepisów.

Naszymi „postaciami” byli też przestępcy

Deweloper-oszust - to jeden z „bohaterów” moich reportaży - relacjonuje Grażyna Starzak. - Sprawa zakończyła się sądem nie tylko dla pana R., ale również dla mnie! Pan R. pozwał mnie do sądu za rzekomemu oczernianie go. Co ciekawe, w tym samym czasie toczył się jego proces karny o oszustwo na sporej grupie osób. Ja swój proces wygrałam. Nie tylko dzięki świetnie przygotowanemu sędziemu, ale również - w tym miejscu serdecznie im dziękuję - dzięki świadkom, którzy zeznawali na moją korzyść pomimo tego, że byli systematycznie zastraszani przez ludzi związanych z deweloperem. To był proces - miałam ich kilka - który kosztował mnie parę lat życia. Najważniejsze jest to, że część oszukanych odzyskała swoje pieniądze. Podobno kopie moich tekstów na temat oszukańczej działalności dewelopera znalazły się w aktach jego sprawy karnej.

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus,
Grażyna Starzak: Z dziesiątków rozmów z osobami znającymi tę sprawę wynikało, że oskarżony o wielokrotne morderstwa i stracony Zdzisław Marchwicki mógł być „kozłem ofiarnym”

Szymon Łytek, bohater moich reportaży, z których wciąż jestem dumna, to od 14 lat wójt podkrakowskiej gminy Czernichów. W 2005 r., razem z mieszkańcami tej gminy walczyłam piórem o to, aby zmusić ówczesnego, skompromitowanego i butnego wójta do ustąpienia. Udało się. W 2005 r. opuścił stanowisko. Na dodatek z wyrokiem sądowym. Wtedy Szymon Łytek został komisarzem w tej gminie. W 2006 r. wygrał wybory i do dzisiaj jest wójtem Czernichowa.

Podobno kopie tekstów na temat oszustw dewelopera trafiły do akt jego sprawy

Barbara Matoga wspomina piątkowy, późny wieczór - była połowa lat 90. - kiedy do redakcji dociera informacja, że studenci AWF planują protest przeciwko jednemu z profesorów i jego żonie. Mają dość wymuszania „opłat” za zdanie egzaminu:

- Poza nazwiskiem profesora nie wiemy nic - ani którzy to studenci, ani z którego roku. Sobotni poranek spędzam więc na wędrówce po akademiku tej uczelni. Mam szczęście, bo pierwsza napotkana studentka prowadzi mnie prosto do pokoju głównego organizatora protestu. Mówi mi m.in. o stawce, wynoszącej 300 dolarów i o stosowanych przez parę wykładowców sposobach oblewania studentów niechętnych do płacenia. W poniedziałek ukazuje się w gazecie pierwsza informacja, a w piątkowym magazynie - duży tekst z wypowiedziami wszystkich stron. Rozdzwaniają się telefony - dzwonią byli i obecni studenci, potwierdzając opisane przez mnie sytuacje. Niektórzy radzą, bym uważała na ulicy, bo pan profesor ma różne znajomości…. Wiele mu nie pomogły - został postawiony w stan oskarżenia i skazany.

Seria reportaży o handlu dziećmi do adopcji to największe dziennikarskie osiągnięcie Elżbiety Borek. Były sprzedawane za granicę przez krakowskiego adwokata jako ciężko chore albo z wymyślonymi przezeń niesprawnościami. Adwokat oskarżył ją i redakcję o zniesławienie. Sprawa ciągnęła się wiele lat. Wreszcie sąd uniewinnił „Dziennik Polski” i autorkę, uznając winę adwokata.

Marchwicki jako kozioł ofiarny

- Sprawa, którą zajmowałam się na początku lat 90. ub. wieku, była szczególna - wspomina Grażyna Starzak. Zainteresował mnie nią były milicjant, zaangażowany w sprawę tzw. wampira z Zagłębia. Otóż z dziesiątków rozmów z osobami znającymi tę sprawę wynikało, że oskarżony o wielokrotne morderstwa i stracony Zdzisław Marchwicki mógł być „kozłem ofiarnym”. Powieszenie zaś oskarżonego o współudział jego brata Jana, moi rozmówcy nazwali „morderstwem w majestacie prawa”. Z trójki braci Marchwickich ocalał tylko Henryk, którego skazano na karę 25 lat pozbawienia wolności. Podczas pobytu w więzieniu milicja szykanowała rodzinę Henryka, żądając od żony rozwodu i zmiany nazwiska, strasząc więzieniem i zamknięciem dzieci w domu dziecka. W 1985r. poinformowano rodzinę o śmierci Henryka. W 1990r. żona dowiedziała się, że jej mąż żyje i odsiaduje cały czas wyrok w Rzeszowie. Po opublikowanym na naszych łamach tekście, opisującym losy Henryka Marchwickiego, oczyszczono go z zarzutów i w 1992 r. wyszedł na wolność. W 1995 r. rodzina poinformowała mnie, że Henryk zmarł. Jako oficjalną przyczynę jego śmierci podano upadek ze schodów. Śledztwo w tej sprawie umorzono.

„Żelazna” Grażyna i bezkompromisowy Zbigniew

Trwaliśmy też przy tych Czytelnikach, którzy wpadli w szpony aparatu sprawiedliwości już w wolnej Polsce.

- Nadal śledzę losy niezwykłej Grażyny Ś. - która od... 20 lat (!) prowadzi walkę z Agencją Rozwoju Miasta i sądami - opowiada Dorota Stec-Fus. Spór dotyczy jej własnościowego mieszkania w kamienicy przy ul. Floriańskiej 31 oraz znajdującego się w tej kamienicy sklepiku z pamiątkami o powierzchni 5,2 m kw., stanowiącego źródło utrzymania jej oraz córki. Wspólnota Mieszkaniowa (głównym jej członkiem jest Agencja Rozwoju Miasta) za jej plecami i bez jej udziału, przy pomocy uchwały, przyjęła nowy podział budynku pozbawiając ją tym samym sklepiku. Naruszyła prawo, gdyż jedynie sąd może dokonać takiego podziału.

Ciągnące się latami sprawy doprowadziły kobietę do choroby serca. W trakcie jednej z rozpraw przed Sądem Apelacyjnym kobieta, atakowana przez sędziów, straciła przytomność i zabrała ją karetka. Pomimo tego sędziowie kontynuowali proces i wydali niekorzystny dla niej wyrok! Opisaliśmy wówczas to niebywałe zdarzenie, podając skład sędziowski z imienia i nazwiska. Ostatecznie tę sprawę pani Grażyna wygrała w 2016 roku w wyniku kasacji przed Sądem Najwyższym. Procesy, dotyczące innych wątków sporu zakończyły się jej wygraną dopiero w 2018 roku, po przystąpieniu Prokuratury Regionalnej do toczącej się przed sądem sprawy. Było to możliwe dzięki pismom posła Ryszarda Terleckiego do ministra Zbigniewa Ziobry. Sąd w końcu podjął prawomocną decyzję, uniemożliwiającą eksmisję pani Grażyny i zwalniającą ją od wniesienia gigantycznej dla niej kwoty w wysokości 210 tys. zł. do kasy Wspólnoty Mieszkaniowej. Ale na tym nie koniec gehenny naszej Czytelniczki, bo teraz Wspólnota proponuje, w ocenie pełnomocnika pani Grażyny, niezwykle niekorzystną dla niej ugodę.

Relacjonowałam też - m.in. w reportażu z 15 listopada 2012 roku pod tytułem „Bezwzględna Temida” - bezprecedensową sprawę Zbigniewa Kękusia. W 1997 roku w Sądzie Okręgowym w Krakowie rozpoczęła się trwająca... 9 lat jego sprawa rozwodowa. 16 krakowskich sędziów, prof. Andrzej Zoll oraz mec. Wiesława Zoll reprezentująca byłą małżonkę Kękusia poczuli się znieważeni słowami doprowadzonego do ostateczności ojca walczącego o swe dzieci. W 2007 roku sąd w Dębicy za ten „straszliwy” czyn skazał go na 15 tys. zł grzywny oraz 2,1 tys. zł tytułem pokrycia kosztów postępowania.

Mężczyzna do dziś walczy o dobre imię a także o pieniądze, „zabrane” mu przez Temidę. - Wymiar niesprawiedliwości zniszczył moje życie - kwituje pan Zbigniew zgotowany mu przez sądy horror. Dr nauk ekonomicznych, niegdyś świetnie zarabiający dyrektor kolejno w dwóch dużych bankach, żyje dziś na koszt rodziny i przyjaciół.

Pyjas, Popiełuszko, Przemyk

Opisywaliśmy też sprawy, w których pracownicy Temidy wypełniali role, do których zostali powołani. Sędziowie i prokuratorzy, nie tylko z Krakowa pomogli mi - wspomina, Grażyna Starzak - obnażyć mechanizmy funkcjonowania Służby Bezpieczeństwa. Tak było np. w sprawie Stanisława Pyjasa, studenta polonistyki UJ, działacza opozycji antykomunistycznej, którego śmiertelnie pobito w nocy z 6 na 7 maja 1977 r. W tekstach na ten temat ujawniłam wiele nieznanych do tamtego czasu wątków sprawy.

Bez dyskretnej pomocy pracowników wymiaru sprawiedliwości nie udałoby mi się też dotrzeć do zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, którzy spokojnie sobie żyli pod zmienionymi nazwiskami. Nie udałoby mi się dotrzeć do milicjantów, którzy w maju 1983 r. śmiertelnie pobili Grzegorza Przemyka i zapytać, czy mogą spokojnie spać. Z listów od Czytelników, które otrzymywałam po tekstach na ten temat, wynikało, że wiele osób było poruszonych a niektórzy przyznawali się nawet do wyrzutów sumienia, bo nie stać ich było na taką odwagę, jaką wykazali się niektórzy świadkowie tych tragicznych zdarzeń. Cieszyłam się z tych listów, bo dziennikarz ma satysfakcję nie tylko wtedy, gdy w konkretny sposób pomoże bohaterowi swojego reportażu.

Z Szymborską w roli głównej

Takiej daty się nie zapomina, bo nie często zdarza się brać udział w wydarzeniu, które śledzi cały świat. 3 października 1996 roku, w kilkanaście minut po ogłoszeniu, że nagrodę Nobla otrzymała Wisława Szymborska, nasza ekipa - ja, czyli Barbara Matoga, a także Dorota Stec-Fus i Krzysiek Samborski - wyjeżdża samochodem do Zakopanego, gdzie przebywa laureatka. Mimo przystanku na zakup kwiatów jesteśmy drugą - po szwedzkiej - ekipą dziennikarzy, która dotarła do willi „Astoria”. Dzielimy się obowiązkami - ja „przysysam” się do Szymborskiej i to tak skutecznie, że udaje mi się - jako jedynej - wejść do piwnicy, gdzie laureatka odbiera telefon ze Sztokholmu. Bezczelnie wsuwam rękę z dyktafonem do kabiny telefonicznej i dzięki temu do dziś mam nagrane jej słowa: „Czy mówię po niemiecku? Ja teraz nie jestem pewna, czy dam radę mówić po polsku…”.

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus,
Adam Golec / Agencja Gazeta Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus, Wisława Szymborska

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Zapala co chwilę papierosa, a ja podsuwam jej popielniczkę. Jako ciekawostkę dodam, że słynne zdjęcie fotoreportera „Gazety Wyborczej” wcale nie przedstawia momentu, gdy Szymborska dowiedziała się o nagrodzie. Zostało zrobione dużo później, a jego bohaterka złapała się za głowę z innego powodu. Wracając do Krakowa płacimy mandat za przekroczenie prędkości. W redakcji zaczyna się kolejne szaleństwo - tekst piszą trzy osoby z ekipy „zakopiańskiej” i kilku kolegów, którzy zbierali informacje na miejscu. Wydanie zamykamy grubo po deadlinie. Nazajutrz w gazetach zagranicznych widzimy przetłumaczony nasz artykuł.

Dziennik dla zdrowia

Pod koniec lat 80. prof. Antoni Dziatkowiak poprosił o oddelegowanie dziennikarza, który „wyspecjalizowałby się” w pisaniu o mocno kulejącej budowie Kliniki Kardiochirurgii, operacjach serca, przeszczepach, Fundacji Cor Aegrum. Tak zaczęła się moja - wspomina Barbara Rotter-Stankiewicz - fascynująca przygoda z kardiochirurgią: spotkania z pacjentami, obserwowanie przeszczepów serca, rozmowy z bliskimi dawców. Reportaże, informacje i wywiady ukazywały się co kilka tygodni. Pieniądze od darczyńców napływały, mury szpitala rosły, potem znajdowały się też środki na wyposażenie. Najwidoczniej doceniono i cegiełkę, którą dołożył „Dziennik” - w roku 1997 zaproszono mnie na uroczyste poświęcenie kliniki przez Jana Pawła II, a w roku 2002 prof. Dziatkowiak wręczył mi okolicznościowy medal za współpracę w tym dziele.

Z kolei rodziny pacjentów Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego przy ul. Wielickiej, opowiadający poruszające i niekiedy porażające historie o tym, jak byli tam traktowani ich rodzice - to bohaterowie cyklu reportaży Doroty Stec-Fus.

Jeden z zarzutów dotyczył stosowania tzw. diety przemysłowej o nazwie Fresubin - wysokokalorycznej, ale wyjątkowo niesmacznej papki, podawanej za pomocą uciążliwej dla pacjentów sondy. Chorzy powinni otrzymywać ją w ostateczności. Jest bardzo droga i NFZ płaci za nią olbrzymie kwoty.

W wyniku m.in. moich publikacji w 2014 r. prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie kierownictwa ZOL-u i 30 września 2019 r. skierowała akt oskarżenia przeciwko Januszowi Cz. Oskarżyła go to, że w latach 2008-13 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i w celu uzyskania finansowania od NFZ doprowadził fundusz do „niekorzystnego rozporządzenia mieniem” na kwotę co najmniej 4 mln zł (!) przeznaczonej na zakup rzekomo niezbędnej diety przemysłowej. Prokurator ustalił, że dyrektor ZOL wprowadzał w błąd pracowników NFZ co do rzeczywistego stanu pacjentów i tym samym konieczności podawania im Fresubinu. Dyrektorowi grozi kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Nasi bohaterowie Pies i Kot

Basia Matoga przez blisko 10 lat prowadziła dodatek „Jak pies z kotem”, pisząc głównie o kocich sprawach. Kiedy zaczynała, tematyka zwierzęca była w mediach rzadkością, a świadomość tych problemów wśród czytelników - niewielka. Toteż pierwsze teksty o właściwej opiece nad pupilami, o ich potrzebach i dramatach często napotykały na lekceważenie. „Nie macie ważniejszych spraw niż pisanie o kotach i psach?” - czytaliśmy w komentarzach. Z czasem podejście zaczęło się zmieniać. W listach i mailach czytaliśmy podziękowania za to, że „ktoś wreszcie porusza te tematy”, że „bardzo wiele dowiedziałam/em się o opiece nad moim zwierzakiem”, że „miło jest przeczytać coś nie dotyczącego polityki”. Jak szeroki był odbiór tych tekstów mogła się przekonać pani weterynarz, której porady drukowaliśmy - po każdym wydaniu przybywało jej pacjentów. Ogłaszane przez nas bezdomne zwierzęta prawie zawsze znajdowały dom.

Mężczyzna do dziś walczy o dobre imię. - Wymiar niesprawiedliwości zniszczył mi życie - mówi pan Zbigniew

My kamedułom, oni nam

Lata dziewięćdziesiąte, klasztor o.o. kamedułów na Bielanach, zabytek klasy 0. To tam Kuba Ciećkiewicz przez tydzień w celi prowadził życie mnicha. - To był niesamowity klimat, niesamowite przeżycia, rozmowy z mnichami, itd. Wszystko to opisałem w kilku reportażach - opowiada Kuba.

Po jakimś czasie skontaktował się z nim przeor alarmując, że klasztor „się sypie”, a bracia nie mają funduszy na niezbędny remont. Kuba przekonał wówczas kierownictwo „Dziennika”, że trzeba im pomóc. - W rezultacie zorganizowaliśmy wielotygodniową, zakrojoną na szeroką skalę akcję, w efekcie której zebraliśmy na remont zabytku kwoty, które wystarczyły na całkowitą restaurację dwóch budynków - wspomina Kuba.

Kilka lat później u pracownika „Dziennika”, najbardziej zaangażowanego w zbiórkę, zdiagnozowano bardzo ciężką chorobę. Kameduli modlili się za niego wiele dni. Choroba ustąpiła. Kuba nie wątpi, że również modlitwy w jego intencji pomogły mu przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu.

Laureatka jest wyraźnie oszołomiona, ale stara się być miła dla gromady dziennikarzy, którzy zapełnili „Astorię”. Od lewej Teresa Walas, Dorota Stec-Fus,
Wojciech Matusik / Polskapresse To tu Kuba Ciećkiewicz przez tydzień w celi prowadził życie mnicha. - To były niesamowite przeżycia - opowiada
Dorota Stec-Fus

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikpolski24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.